Biegowe myśli, część 2


Zrozumienie. Nie oczekuję zrozumienia od niebiegaczy. Wiem, że jedyne, co mogę otrzymać, to akceptację mojej obsesji. Często pojawiają się pytania, co jest takiego w tej formie ruchu, że podchodzimy do niej tak fanatycznie i raz zaabsorbowani nie możemy się wyrwać z tego nałogu. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, a wszelkie próby kończą się na zachęcaniu, by wspólnie pobiegać i przekonać się na własnej skórze, a w tym przypadku na własnych mięśniach. Nic z tego. To nie motywuje. Szczególnie zimą, gdy wieczorem po pracy, gdy wieje, podłoże jest „niestabilne”, a nam dobrze już, bo ciepło. Nie próbujmy przekonywać, że bieganie dla nas jest tak naturalne, jak siedzienie w fotelu, czy odruch porannej kawy. Jako biegacze, niektóre pojęcia defniujemy odmiennie.

Brak zrozumienia pojawił się niedawno. Przecież biegam od tak dawna, wciąż mogę zadziwić bliskich swoją zapalczywością. Niejeden z nas to potrafi. Zupełnie jak pierwsza randka, gdy wszystko jest jeszcze nieokreślone, lecz ciekawe, świeże, lecz ze znajomością kroków. Tak nasze codzienne wyjście na trening w oczach innych stanowi przynajmniej w części abstrakcję.

Piątek wieczór, pakuje ubranie do samochodu i jadę w okolice Sulistrowiczek. Miałem być na nieoficjalnym treningu przed Półmaratonem Ślężańskim, lecz nie zdążyłem. Trudno, spróbuję pobiegać samemu. Sobota, okolice Ślęży, mnóstwo śniegu,  zupełna cisza, temperatura lekko poniżej zera.  Czuję ból w dolnej części pleców. Gardło suche, katar nie czeka na chusteczki, wracam do Wrocławia. Cały dzień bez ruchu. Próbuję w niedzielę. Jeszcze ciemno, przygotowuję herbatę i zbieram ponownie ubranie, by spróbować znowu. Kostka zupełnie odmawia posłuszeństwa. (To zdarza się maratończykom – kontuzja z niczego). Do środy czuję się jak niebiegacz i jest mi z tym potwornie. Obwiązuję plecy szalikiem, wkładam dwie koszulki i obie do spodni, próbuję wyjśc po cichu, lecz zostaję zauważony. Pytania po co i lepiej mnie posłuchaj. Robię po swojemu. To jedno z wolniejszych OWB1, 10 km ślimakiem – bo katar nie zna umiaru. Już po, szybko prysznic i gorąca kąpiel. Śpię w szaliku naokoło bioder. Czwartek rano nic nie boli, robię swoje.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s