Z Piły do Szczecina – relacja


Relacja Dzika z 4run.

Zadanie wykonane! Gdybym miał porównywać moją biegową wyprawę z Piły do Szczecina do innej dyscypliny sportowej to najtrafniej wyszłoby przyrównanie do skoków narciarskich. Niezły wynik jeżeli chodzi o odległość jednak noty za styl raczej nie byłyby wygórowane. Bo tak naprawdę nie przebiegłem całej założonej trasy. Był to zdecydowanie marszobieg, przy czym proporcje biegu do marszu zmieniały się z każdym dniem na korzyść tego drugiego. Organizm nie przystosowany do tak dużych obciążeń, coraz wyraźniej dawał mi do zrozumienia, że nie ma ochoty na spełnianie moich chorych ambicji i zachcianek. Moim największym sprzymierzeńcem były tępy upór, świadomość, że każdego dnia przybliżam się do celu oraz fakt, że obserwuje mnie na bieżąco trochę osób i zwyczajnie głupio byłoby się poddać na ich oczach.

Borem i lasem

Zgodnie z moimi wcześniejszymi zamierzeniami, starałem się poruszać głównie po polnych drogach i leśnych duktach, choć nie zawsze było to łatwe zadanie. Rozmokłe po nocnych burzach ścieżki pozamieniane w błotne przeprawy, absolutnie nie ułatwiały zadania a i nawigowanie w lasach i na polnych ścieżkach było nieco utrudnione. Trzeba jednak przyznać jest to mimo wszystko lepsze, a już na pewno o wiele przyjemniejsze niż truchtanie wzdłuż ruchliwej ulicy gdzie trzeba mijać się z pędzącymi tirami i co chwila prewencyjnie wskakiwać w wysoką trawę na poboczu. Na odcinkach gdzie biegłem krajową 10, zawsze trzymałem się skrawka trawy poza samą drogą. Był on jednak zazwyczaj bardzo wąski i do tego pochyły co wcale nie ułatwiało pokonywania kilometrów.

II dzień wyprawy. Na czerwono rzeczywiście przebiegnięta droga, a na niebiesko planowana

Podczas spokojnego biegu, miałem okazję (chyba pierwszą w życiu) aby dokładnie i bez pośpiechu przyjrzeć się otoczeniu. Nie pędziłem w końcu nigdzie samochodem, nie był to też trening w czasie którego trzeba wykonać jakiś plan, a i tak wszystkie tereny zna się na pamięć. Tym razem mogłem w spokoju chłonąć otaczające mnie krajobrazy, które nie były może nie powalały na kolana, ale zdecydowanie urzekały swoją sielskością. Otaczająca mnie natura ułatwiała stawianie kolejnych kroków. Co więcej w końcu mogłem spełnić jedno z moich małych biegowych marzeń, zawierającym się w pytaniu „ciekawe co jest za tą górką/zakrętem”. Tym razem nie będąc ograniczonym praktycznie niczym, pozwalałem folgować swojej ciekawości, niejednokrotnie zmieniając trasę, co niestety nie zawsze się dla mnie dobrze kończyło.

Wiatr w oczy i pokrzywy pod nogi

Pierwszy dzień wyprawy przywitał mnie porywistym wiatrem, który nie ustępował ani na chwilę. Jak to się dzieje, że niezależnie od obranego kierunku biegu zawsze wiał prosto w twarz nie wiem, niemniej właśnie tak to się działo. Tego dnia biegłem cały czas z słuchawkami na uszach, aby uchronić się przed ewentualnym „przewianiem”. Generalnie nie korzystałem z muzycznych dopalaczy podczas biegu, zostawiając sobie tę przyjemność na po biegowy relaks. Mimo niezbyt sprzyjających warunków atmosferycznych pierwszego dnia udało mi się pokonać najdłuższy odcinek trasy wynoszący ok 58km. Niestety nie jestem w stanie podać dokładnego wyniku ponieważ w pewnym momencie padł mi zegarek i pamiętam jedynie wynik z kilku kilometrów przed końcem trasy.

III dzień wyprawy. Na czerwono rzeczywiście przebiegnięta droga, a na fioletowo planowana

Wiatr i kilometry były jednak niczym w porównaniu do tego co czekało mnie dnia następnego. To właśnie 2 etap trasy sprawił, że miałem ochotę zrezygnować. I to już na samym początku! Przyczyną było odezwanie się starej kontuzji kolana, o którą się w duchu bardzo obawiałam. Nie byłem w stanie zmusić się choćby do truchtu. Ze zmęczeniem mogę sobie poradzić, ale kontuzji niestety nie da się obejść. Postanowiłem jednak nie poddawać się i rozpocząłem ten dzień od szybkiego marszu, w który po jakimś kilometrze dodałem elementy truchtu. I tak po jakiś 30 minutach kolano wskoczyło na właściwe obroty i mogłem kontynuować. Niesiony tą pozytywną zmianą wybrałem ścieżkę, która odbiegała od wcześniej wyznaczonej trasy, ale za to kusiła niezwykłym pięknem. Radość z płynąca z przywróconej sprawności w kolanie uleciała, gdy cudowna trasa zmieniła się wąziutką i błotnistą ścieżynkę otoczoną zewsząd szpalerem ogromnych pokrzyw. Tak więc po 3 kilometrach moje buty były całkowicie przemoczone, nogi poparzone, a z uwagi na wymuszone warunkami wolne tempo miałem okazję dokarmić spore stado komarów. Po wcale nie krótkich zmaganiach udało mi się wybrnąć z przyjeziornych chaszczy i wpaść na normalną drogę. Kolejne 45 kilometrów minęło w miarę spokojnie i rzec by można „relaksacyjnie”. Przewrotny los zgotował jednak największą niespodziankę na sam koniec.

IV dzień wyprawy. Na czerwono rzeczywiście przebiegnięta droga, a na biało planowana

4 kilometry przed końcem etapu genialny GPS wprowadził mnie na kolejną polną drogę, o której zapomnieli chyba wszyscy bogowie. Po kilkuset metrach droga robiła się coraz węższa, a chwasty oraz gigantyczne osty przejmowały kontrolę nad otaczającym mnie światem. Śmiało brnąłem w tą gęstwinę, zapewniany co chwilę prze GPS, że jestem jak najbardziej na właściwej drodze. Kiedy ślad jakiejkolwiek ścieżki bezpowrotnie zginął w kłującym gąszczu, a gdzie w zasięgu wzroku nie było nic poza ostami, stwierdziłem że czas odrzucić zawodną technologię i skierować się do malutkiego zagajniczka majaczącego na horyzoncie. Klnąc w niebogłosy i przyjmując dzielnie setki ukłuć, brnąłem w stronę upragnionego lasku. Nie trafiłem tam niestety na żadną ścieżkę wydeptaną ludzką nogą, a co najwięcej dziką racicą. Gęsto rosnące drzewa niskie konary oraz cierniste krzaki nie okazały się dużo lepsze od królestwa ostów. Gdy z trudem wydeptana przez dzikie zwierzęta droga, zarosła tak bardzo, że musiałem pełznąć na czworaka, aby tylko przebrnąć przez plątaninę gałęzi nad głową, stwierdziłem, że mam dość i wracam na łąkę, która nie wydawała się już aż taka zła. Pchany desperacją i zwyczajnym uporem udało mi się w końcu dotrzeć do normalnej drogi, skąd na wpół żywy doczłapałem się do hotelu. Na przebycie ok 2km przez „królestwo ostów” potrzebowałem aż godziny i 10 minut. Drugiego dnia przebiegłem łącznie 50 km. Ciężko mi powiedzieć, czy bardziej zmęczyło mnie tych kilka kilometrów w zaroślach czy ponad 40 na zwykłej drodze.

W nocy oczywiście niemal nie oszalałem, ponieważ nogi i ręce na zmianę bolały, piekły i swędziały. Po jakże ożywczym 3 godzinnym śnie, raźno ruszyłem walczyć z kolejnymi kilometrami.

Byle do przodu

Pozostałe dwa etapy były stosunkowo krótkie i wynosiły 39 oraz ok 42 kilometry. Nie przytrafiły mi się również po drodze żadne mniej lub bardziej pamiętne przygody, które znacząco wpłynęłyby na pokonywaną trasę. Zmęczenie materiału dawało jednak o sobie coraz wyraźniej znać. Plecak, który ostatecznie ważył jednak 5 kilogramów ciążył coraz bardziej. Pęcherze zaczynały wykwitać na stopach, a przemęczone mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Nie wyobrażałem sobie jednak jak mógłbym zrezygnować po tym wszystkim co przeszedłem na trasie. W ślimaczym tempie brnąłem więc do przodu. Motywowały mnie telefony i sms od znajomych dodające otuchy oraz wspaniała świadomość, że już przecież bliżej niż dalej.

 

Już prawie na miejscu!

Gdy wbiegłem w do Szczecina zakołatała mi głowie niebezpieczna myśl: a może by tak wskoczyć w autobus i dojechać na Wały Chrobrego (planowana meta) autobusem? Przecież dobiegłem do miasta zgodnie z założeniami! Szybko się wyzbyłem jednak tych podszeptów lenistwa i twardo tupałem przez Szczecin, który jest jednym z najbardziej rozległych miast w Polsce. Przez 25 kilometrów powtarzałem sobie, że to już teraz, już zaraz. Wbiegając tryumfalnie (niczym Rocky w Filadelfii) po schodkach wieńczących moją wyprawę odebrałem telefon od przyjaciół do których miałem się skierować po zakończeniu biegu. Powiedziałem, że już praktycznie jestem na miejscu i zaraz wsiadam w taksówkę i jadę do nich. Usłyszałem wtedy kilka ciepłych słów o tym jak strasznym cieniasem (wersja ocenzurowana) jestem oraz że mam nie ściemniać tylko biec do nich. No cóż – jeszcze 2 kilometry mnie nie zabiją!

Czerwony dywan, balony, konfetti oraz piękne kobiety – czego chcieć więcej!

Zdecydowanie było warto zmusić się do tego ostatniego wysiłku. Czekało mnie najwspanialsze powitanie na świecie, które z nawiązką wynagrodziło wszelkie trudy na tej 200 kilometrowej trasie. Otarłem się o bramy raju gdy wchodząc po (co prawda prowizorycznym ale zawsze) czerwonym dywanie wpadłem w ramiona piękności w bikini, które po staropolsku powitały mnie chlebem, solą i wódką!

 

Posiłek regeneracyjny po biegu!

Gdzie teraz?

Stwierdzić muszę, że nie byłem do końca przygotowany na taką wyprawę. Jednak doświadczenie jakie w jej czasie zdobyłem pozwoli mi z pewnością lepiej przygotować do kolejnego, jeszcze ciekawszego wyzwania biegowego. Najpierw muszę sobie jednak nieco odpocząć, a potem porządnie zabrać się do pracy, ponieważ jest nad czym pracować! A najlepsze jest to, że taka praca nad sobą daje masę szczęścia i radości, nawet jeżeli jest okupiona odrobiną zmęczenia.

Pamiątkowe zdjęcie w niemal rodzinnym gronie

 Masz jeszcze czas wspomóc Dzika! 

http://www.domore.pl/beta/view/p/akcja/10021331

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s