29 Maraton Wrocław – relacja


Piszę tą relację w poniedziałek wieczór, gdy powoli zapominam o wczorajszym wydarzeniu. Prawdopodobnie już w tym miejscu widać, że nastrój nie jest najlepszy. Ale od początku…

Tradycyjnie śniadanie złożone z płatków i dużego Danio, wielki kubek z gorącą herbatą. Przed sobą Bieganie i Runner’s World. Myślę tylko o tym. Zawijam buty do worka, spodenki i koszulkę z przypiętym już numerem i rozpiską międzyczasów. Do plecaka wrzucam jeszcze butelkę wody z Biedronki i kupony na piwo i jedzenie po biegu. Zakładam pełen plecak i wychodzę. Ode mnie na Stadion jest 15 minut spacerem. Jak zwykle tego dnia ulice puste, a na rogu stoi już policjant, który instruuje pojedynczych kierowców, że tego dnia raczej nigdzie nie dojadą.

Na Stadionie Olimpijskim mnóstwo ludzi. Biegacze z rodzinami i rodziny bez biegaczy. Wielkie wydarzenie, które po koncercie Pandereckiego, pokazie ogni sztucznych, walki Adamka sytuuje Wrocław w gronie coraz bardziej prospołecznych miast. Przed wejściem do Biura paczka znajomych. Chwilę rozmawiamy o tym, jak dzisiaj będzie, jakie mamy plany i czy da się w tą pogodę je zrealizować. Idę na halę, by się przebrać. Wrzucam do worka swoje rzeczy, daję do depozytu i wychodzę pobiegać. Zanim zacznę, muszę przebić się przez rzeszę biegaczy, rozmawiających, rozciągających się, cieszących z tego, co będzie za chwilę. Widać lekkie zdenerwowanie, ale to normalne przed Maratonem. Jestem na boisku obok strzelnicy. Tu jak zawsze spokojnie. W cieniu robię kilka szybszych przebieżek, wizualizuję sobie trasę i wracam. Ustawiam się na pasie startowym w okolicach 3:15. Założenia są, by zejść poniżej 3:10, ale jak bardzo złudne są te oczekiwania, dopiero na 10km zdaję sobie sprawę.

Skromne przemówienie. Chwila ciszy jako hołd temu, co zdarzyło się 10 lat temu. Na zegarze 8:58 – ruszają wózkarze. Ile woli walki, ile samozaparcia potrzeba, by pokonać dystans maratonu na wózku! Nieważne, jak dobrze do tego przygotowanym! Dwie minuty później wystrzał i rusza elita, zaraz za nią prawie 3500 osób (przynajmniej według oficjalnych danych).

Ktoś się podczepia, ktoś woli biec samemu. Jak zwykle, pierwszy kilometr to wyrobienie sobie dobrej pozycji i slalom, ale i mnie wymijają. Póki co, nikt nie zważa na rosnącą temperaturę. Do 7km biegniemy przez Dąbie, Sępolno, Bartoszowice, Biskupin i znowu Dąbie, a więc najpiękniejsze miejsca Wielkiej Wyspy.

29 Maraton Wrocław, Bartoszowice, 4km

Na 5km pierwszy wodopój i trochę cienia. Spoglądam na karteczkę z czasem i widzę, że właśnie w tym tempie mam biec. Na 9.5 mijam Piotrka z http://www.wbiegu24.pl, a na 10km mam idealnie 45 minut. Potem coś się dzieje.

[tu czekam na zdjęcie z portalu wbiegu24.pl 🙂 ]

Dosłownie moment zajmuje mi zgubienie rytmu. Za szybko ruszyłem, zaczyna brakować cienia. Biegniemy w kierunku Rynku, zakręcamy trochę dalej, lecz przebiegamy przez centrum. Na Placu Dominikańskim kolejne miski z wodą. Trzeba skorzystać. W kierunku Dworca Głównego PKP, PKS i Tarnogaj. Na skrzyżowaniu z Armii Krajowej lecimy w prawo i długo prosto. Odcinek do połówki jest przez wszystkich dobrze znany, tu nic się nie zmienia. Tuż przed dodatkowe atrakcje w postaci „Little less conversation” – szukam tego na youtube. Dołącza do mnie przyjaciel na rowerze – mocne wsparcie i przynajmniej dopóki jest koło mnie, nie mogę odpuścić.

Tuż za półmetkiem widzę, jak pierwsza osoba schodzi z trasy, odpina sobie numer i idzie w innym kierunku. Nawet nie zastanawiam się nad przyczyną, człapię dalej. Patrzę na zegarek i mam 1:40, to ostatecznie idealnie na 3:20 i mam nadzieję, że chociaż tyle uda mi się wycisnąć. Przed estakadą zyskuję moc. Uwielbiam podbiegi, ale zostało mi to po biegach na Ślężę i Maratonie Karkonoskim. Przez te kilka minut wyprzedzam kilkunastu zawodników. Na płaskim jest gorzej. Niedługo za drugą estakadą skręcamy mocno w prawo (jest to drobna zmiana trasy w stosunku do poprzednich lat) i biegniemy na Quattro Forum.

Tuż przed łapie mnie paskudna kolka. Nie chcąc odwodnić organizmu przesadzam z płynami i spory kawałek muszę maszerować. Dobrze, że teraz mam genialną w swej prostocie wymówkę w postaci swojej dziewczyny. 200 metrów szybszego marszu i nieco mi lepiej. Teraz byle dobiec do Tesco, skręcić w nieco zacienione ulice i dobiec za most do ulicy Bałtyckiej. Tu już Ciocia od 25 minut stoi i zastanawia się, gdzie jestem. Dostaję CarboSnack z Nutrend i wciągam połowę tubki. Robi się strasznie sucho i słodko. Kilka minut do wodopoju i misek wydaje się nie kończyć. Moczę głowę, myję ramiona i kilka razy zanurzam gąbkę. Dalej już mała uliczka, po której poznaję, że to już naprawdę blisko do końca. Z daleka widzę, jak jakiś Pan polewa wodą ze szlaufa biegaczy i każdy staje, i prawdopodobnie najchętniej by tam został :). To samo dzieje się ze mną, zwalniam i cieszę się, jak dziecko. 100 metrów dalej, podobna sytuacja. Tym razem dzieciaki mają frajdę, a nam to strasznie pomaga. Do stacji Shella już jakoś idzie. Przed mostami Jagiellońskimi słyszę coraz częściej karetki. Sporo z nas nie wytrzymuje. Ostatnie 2km to cień i jakże ulga, że to już koniec. Każdy z nas nie jeden raz ostatni odcinek na stadionie robił niemalże sprintem. Teraz takich nie ma za wielu. Przekraczam linię mety (3:53) Cieszę się, że to koniec. Jestem zły na siebie, że pobiegłem zupełnie inaczej, niż to zakładałem. Siadam i zastanawiam się, co się dzisiaj wydarzyło.

Ten maraton to nie wyścig z czasem. To maraton, który na nowo przywrócił sens jego istnienia. Nie poddać się i pokonać samego z siebie.

Reklamy

2 myśli nt. „29 Maraton Wrocław – relacja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s