SkyRunning World Series final – Sentiero delle Grigne, dzień 3


Maraton miał się zacząć o 7.30, a połówka półtorej godziny później. Plany popsuła pogoda. Od wczoraj cały czas pada, a teraz jeszcze błyska. Grupa, która pojechała na start pierwsza, wraca się do hotelu. Zastanawiam się, jak będzie wyglądać przygotowana wcześniej trasa. Jestem już po skromnym śniadaniu, przebrany i w miarę przygotowany. W zeszłą niedzielę zrobiłem Maraton Wrocław i przynajmniej trzyma mnie znajomość dystansu… Zagaduję jakiegoś Włocha, który z rodziną wybiera się na start. Jest i miejsce dla mnie. Fajnie, że jego żona mówi po angielsku, to ratuje sytuację.

W Pasturo, małej górskiej miejscowości, widać mnóstwo biegaczy. Tu właśnie odbędzie się się finał SkyRunning  World Series, którego ostatnim biegiem jest Sentiero delle Grigne, jednocześnie dla niektórych to ostatnia szansa na przebicie się do pierwszej dziesiątki. Wchodzę do pomieszczenia, gdzie ktoś powinien przyjąć ode mnie plecak. Przyzwyczaiłem się do biegów w Polsce. Rzucam plecak obok innych i tak jak wszyscy przestaję się nim teraz zajmować. Idę na zewnątrz ubrany w kurtkę przeciwdeszczową. Przechodzę przez bramkę i zostaję zapisany. Stajemy wszyscy w kolumnie i czekamy na start. Zaczynamy kilka minut wcześniej, bo przez ten deszcz i grzmoty nikomu nie chce się już stać. Ruszył Półmaraton – e Mezza Maratona delle Grigne.

Pierwszy kilometr po krętych uliczkach Pasturo, cały czas w górę. Obudzeni mieszkańcy choć dziwią się po co, to dopingują nas jak mogą. Potem mocno (jeszcze raz) w górę. Sporo przechodzi w marsz, w tym i ja. Dopiero później udaje nam się biec. Ale jest to ruch naprzemienny. Po pół godzinie widać coś w rodzaju ścieżki na szczyt masywu. Przypomina to rozciągnięty bieg na Śnieżkę. Dwa, trzy kilometry, a może mniej, bo sugeruję się czasem, jaki zabiera wdrapanie się na szczyt. Pod górę nikt mnie nie wyprzedza, jest wręcz przeciwnie. Podczas zbiegu zostaję na szarym końcu. Ta kolumna osób, mówiąc brzydko, robi ze mną co chce, a ja próbuję tylko nie wyrżnąć w wystające skały. Trudno. Na końcu tego zbiegu krótki postój. Kilka ciastek, dwa kubki soku i odrobina coli. Biegnę dalej, lecz przez chwilę mam mieszane odczucia, czy nie pomyliłem trasy. Przede mną i za mną nikogo nie ma. Staję, odsuwam się, przepuszczam zawodników z białymi numerami (to Maraton). Czy ja biegnę tak wolno, czy skrócili maraton i szybciej poszedł on naszą trasą? Dopiero za chwilę widzę czerwony numerek. Mezza?, pytam. Mezza, si. Oj błocka jest teraz mnóstwo, to nic. Mkniemy przez strumyki, gdzie wody do kostek. W tym miejscu nastąpi pochwała asicsów. Asics Enduro 7, kupione miesiąc temu to chyba najlepszy model asicsów jaki miałem. Świetny grip, świetne spięcie i trzymanie po bokach. Praktycznie zero amortyzacji, lecz nic nie boli, gdy biegnę po kamiorach. Czuję je, ale to zupełnie inne wrażenie niż w Kayano, czy Cumulusach.

Na kolejnym postoju ten sam energetyczny zestaw. Pytam ile jeszcze? Quattro! Quattro? Molto bene :). Odczułem ulgę. Choć to 17km, a ja mam na liczniku ponad 2.5 godziny, to fajnie wiedzieć, ile jeszcze do końca. I znowu błoto, teraz jest strasznie. To wygląda jak Bieg Katorżnika. Zwalniam, staję, robię wszystko, by się nie wywrócić, nie poślizgnąć. Ostatnie dwa kilometry to trawa, kamienie, a potem już asfalt. Próbuję wyprzedzić kilka osób, ale nie spinam się już. W leju przez ostatnie 50m słyszę dopingujące krzyki – Go Paul! Jestem, nawet nie wiem, jaki dokładnie czas, potem sprawdzę. Chcę się przebrać i „iść dalej”. Schodzę w stronę sali i jak wszyscy korzystam ze źródełka ze świeżą górską wodą. Obmywam buty i nogi aż do kolan. Myję się, przebieram i siedzę jeszcze z 10 minut, by zebrać myśli. Wypatruję swoich znajomych Włochów i Anglików. Staję koło nich i czekam, aż pójdziemy wspólnie zjeść.

Świetna organizacja i pełne talerze. Siedzimy, rozmawiamy. Naprzeciwko jakiś Brytyjczyk, który zrobił „pełny” maraton. Opowiada o technice, o bieganiu w Szkocji. Za pół godziny widzę go na podium jako zwycięzcę dzisiejszego biegu. Niezłe zaskoczenie. Daje mi potem zrobić sobie zdjęcie i potrzymać trofeum :).

Tom Owens, Zwycięzca Sentiero delle Grigne

Tom dał mi potrzymać trofeum. Szkoda, że złapałem je odwrotnie...

Cieszę się, że mogłem wziąć udział w tym biegu. Siadam koło organizatora i jeszcze chwilę rozmawiamy. Czy chciałbym SkyRunning w Polsce? Czy mamy jakiś bieg, który mógłbym włączyć w cyklu biegów SkyRunning? Chodzi mi głowie kilka…

Reklamy

Jedna myśl nt. „SkyRunning World Series final – Sentiero delle Grigne, dzień 3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s