Oslo Marathon – 2010


Kan jeg få en øl? – to zdanie nauczyłem się perfekcyjnie wypowiadać po norwesku. Znaczy ono ni mniej ni więcej tylko tyle, że chciałbym zamówić piwo. Używałem go najcześciej w mojej ulubionej dzielnicy o nazwie Grunerløkka. I tak to spędziłem większość lata w Oslo, książka w ręku i zimny browarek,

To był dobry czas, bo przyznać muszę , że norweskie piwko latem bardzo mi podchodzi. Od czasu do czasu kiedy nie było mnie widać w moim ulubionym pubie, zakładałem szybkobiegi i  ruszałem pobiegać. Ponieważ w wakacje wynajmowałem gościnnie pokój od mojej nauczycielki norweskiego w obcej dzielnicy, i nie znając okolicy biegałem po uliczkach, parkach poznając okolice. Kiedy już trafiłem na bardzo fajny park, który po za ścieżkami charakteryzował się tym , że biegało tam sporo pięknych dziewczyn co dostarcza nie małych wrażeń dla biegającego czyli mnie, zacząłem częściej bywać w parku niż w pubie. I tak oto któregoś pięknego lipcowego wieczoru biegałem, panie się zmieniały, a ja biegałem i tak w 2h przebiegłem sobie ponad 20km, spokojnie skończyłem i stwierdziłem nie odczuwam żadnego dyskomfortu, mam niezłą kondycję. Wróciłem do pubu.

Przyszedł dzień sądu ostatecznego. Zapisałem się na maraton, kupiłem kilka żeli, wyprałem buty, założyłem koszulke i ruszyłem. I na tym kończy się moja wesoła opowiastka.

Pierwsze 5km pokazało mi , że nie biegne tylko się męcze, to co się działo nie przypominało mi w żaden sposób mojego poprzedniego maratonu ani moich biegów zimowych po Oslo, zwyczajnie się męczyłem. No cóż, ale skoro tutaj już jestem to nie po to aby marudzić pomyślałem, trzeba biec. Pierwsze 15km miałem dobry czas bo biegłem z grupą 3:30, mijałem kolejne kilometry, przeklinałem serwis pogodowy który mówił, że będzie zimno, więc założyłem długi rękaw i gotowałem się w pięknym słońcu przy bezwietrznej pogodzie, zabawa jak w Tunezji kiedy zatnie sie winda bez klimatyzacji , szał.

Koło 20km zaczeli wyprzedzać mnie ludzie, z początku myślałem, że to jakaś lepsza grupa, ale chwile potem zdałem sobie sprawe, że zwolniłem. Hmmm no to mam kryzys. Kryzysy podczas biegu jak wiadomo przychodzą i odchodzą, więc skupiłem się na podziwianiu Oslo , ulic których jeszcze nie znałem, od czasu do czasu wyprzedzały mnie kobiety o przeurodziwych pośladkach więc nadrabiałem tempa co by widoku nie stracić. Biegłem i tak sobie przypominałem dwa zdania których żałuje, jednym z nich było to o powie , które podałem na początku a drugie „Hi! I would like to order pizza…” , szczerze ich żałowałem.

Mijający mnie ludzie , starsi ludzie, dużo starsi ludzie sprawiali, że moja głowa zaczynała intensywnie myśleć. Ja zaczynałem myśleć. I tak sobie myślałem, po co ja biegne maraton skoro do niego nie trenowałem za dużo. Za dużo ? Prawie wcale. No dobra , ale znowu pomyślałem, że to for fun, ale jaki to fun skoro ja tu sapie jak stara baba z siatkami pełnymi ziemniaków i mięsa kiedy biegnie na zamykający drzwi autobus lini 190 pod dworcem wileńskim.

Bieg po oslo nie przypominał mi tego po warszawie. Tutaj z wielkiego portu wbiegasz w małe uliczki, biegniesz chodnikami, przebiegasz pod mostkami, biegniesz wybrzeżem aby chwile potem znaleźć się na wielkim placu gdzie trzymane są kontenery. Po drodze spotykam Pana w koszulce po której rozpoznaje, że jest z Polski. Zaczepiam go i zaczynamy rozmawiać. Rozmawiając wbiegamy na Aker Bryge, czyli na główną aleje w porcie gdzie schodzą się wszyscy najwięksi tego miasta aby móc zabulić dużo kasy za możliwość napica się lub zjedzenia. Pytam się mojego kompana który to już jego maraton, mówi , że 53, a jego życiówka to 3:02, no to sobie myśle , ładnie. Pytam się ile ma lat, on pyta ile byś dał, mówie z 60, na co on , że w styczniu kończy 70. Ładnie się uśmiecham i mówie, że ja to musze go zostawić , bo to nie moje tempo dzisiaj i ja zwalniam, Pozdrawiamy się i widze jak 70 latek oddala się odemnie coraz bardziej.

Nie jest lekko. O skórczach i problemach biegu wspominać nie będe, bo to nie istotne. Pamiętam jak po 20km wpadłem do toitoia bo jakoś mnie przycisnęło, w środku waliło niemiłosiernie, ale jaki byłem szczęśliwy , że na chwile się zatrzymałem 🙂

Podczas biegu bardzo podobały mi się balony przyczepione do grup, te balony informowały na jaki czas biegnie dana grupa, po czym można było wnieść gdzie mniej więcej się jest. Pamiętam jak wyprzedzały mnie kolejne balony 3:45, 4:00, 4:14 , 4:30 , 4:45 i wtedy sie zdenerwowałem i przyśpieszyłem, o ile to można nazwać przyśeiszeniem 😉 Zatem kiedy przyśpieszyłem pamiętam jak biegłem końcówke, czyli Karl Johans Gate pełen sprint, łykałem wszystkich jak młody indyk. Przed samą meta, jakies 100m wyprzedził mnie jakiś koleś, resztkami sił ścigałem się z nim do samej mety. Wpadłem na nią i tam przywitał mnie uściskiem ręki i gratulacjami ten miły Pan , który biegł chwile ze mną. Dostałem medal , stanąłem na kilka minut i cieszyłem się to chwilą jak małe dziecko.

Znowu to zrobiłem, znowu się udało. Podsumowując mój czas był żałosny 4h:32min, zero kondycji , dno. Dałem ciała. Ten tekst napisałem, aby za rok zanim się zarejestruje przypomnieć sobie i zastanowić się 5 razy zanim znowu powiem „Tak chce pobiec maraton”. Bo chciec mozna wiele, ale warto byc świadomym, że jesli nie biega sie systematycznie to rzeczywistosc może być bolesna.

Poniżej zdjęcie z polską ekipą, Pan stojący obok mnie to właśnie Pan Leopold, z którym rozmawiałem. ”

This slideshow requires JavaScript.

Dane techniczne:

relacja – Paweł Mucha, pawelmucha.blogspot.com

zrzut gps – eohlken, connect.garmin.com

http://www.traseo.pl – Oslo Marathon

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s