Amsterdam Marathon 2009 – relacja


Relacja z 2009. Wyjątkowo ciekawa, więc zamieszczam 🙂

„Po wnikliwej analizie szkockiego kalendarza biegowego, znalazłem tylko dwa jesienne biegi, godne wiekszej uwagi. Pierwszy to Great North Run w Newcastle a drugi to Maraton nad Loch Ness. Jednak zapisy na obydwa biegi skonczyly sie gdzies na początku roku. Po za tymi biegami nie ma w Szkocji juz nic godnego uwagi, wiec rozejrzalem sie za jakims wiekszym biegiem w Europie (Niektórzy Brytyjczycy uwazaja W.Brytanie za kontynent). Po dlugim przegladaniu kalendarza (42.195) wybór padl na Maraton w Amsterdamie. Bo blisko wysp, bo w miare tanio, bo Holandia, bo profil trasy bedzie plaski i pogoda bezwietrzna. Jedyną przeszkodą bedzie podwójny przelot samolotem, czego bardzo nie lubie. Dla maratonu gotowy bylem jednak na najwieksze poswiecenie i po zaledwie miesiecznym przygotowaniu, zalecialem naladowany adrenaliną na ogromne lotnisko Schiphol w Amsterdamie.
Holendrzy rozmawiają plynnie po angielsku, dzieki czemu bez wiekszych problemów dostalem sie autobusem pod stadion i wraz z Dunczykiem orax Niemka, którzy nie bardzo wiedzieli dokad sie udac, dotarlismy na Expo, gdzie odebralismy pakiety startowe (Pakiety bardzo liche, tylko koszulka i numer startowy). Po zakwaterowaniu się w hotelu (zapłaciłem za tańszy pokój 5 osobowy, a dostałem jedynkę z wszelkimi wygodami za te samą cenę) udałem się na zwiedzanie miasta. Juz na pierwszy rzut oka wiemy, ze jesteśmy w kraju wysoko rozwiniętym…kulturowo. Ulice wyposarzono w drogi rowerowe (gdzieniegdzie o dwóch kierunkach jazdy) po których nie porusza się pieszo żaden czlowiek. Jako turysta musiałem zwracać uwagę, by nie wpaść pod koła…roweru). Tamtejsi mieszkańcy jeżdżą tylko na swoich śmiesznych rowerach tzw. Holendrach i tylko po wyznaczonych do tego drogach. Centrum miasta robi bardzo miłe i przyjemne wrażenie. Będąc tam po raz pierwszy, nie czułem się obco. Wokoło widać zadbane elewacje budynków, nie zdewastowane sprayami (We Francji, Hiszpanii, Szwecji i Holandii nie tynkuje sie domów, dzięki czemu nie widać zaniedbanych kamienic), dziesiątki ulic usianych sklepami, poprzedzielane kanałami z nie najczystszą wodą sprawiły, iż do Hotelu powróciłem późno w nocy. Jak się okazało zbyt późno. Wrażenia z miasta uspokoiły mnie jednak i dodały wiary na następny dzień.

Dzień drugi.
Rankiem, po spakowaniu bambetli rozrzuconych w pokoju, udałem się na stadion. Pogoda na dworze wymarzona do maratonu. Jest góra 12 stopni, świeci słońce i nie ma krzty wiatru. Pod stadionem olimpijskim było jak w rozjuszonym mrowisku. Napotkałem tłumy kilkunastu tysięcy biegaczy, poruszających się w niebywale wolnym tempie. Na dojscie do depozytu i oddanie ciuchów, straciłem ok. pół godziny, następne tyle na dojście do bramy stadionu i dotarcie po bieżni w okolice linii startu. Rozgrzewka była…a właściwie jej nie było z braku czasu. Na trybunach pełen entuzjamu kilkutysięczny tłum, wyzwolił we mnie dodatkową adrenalinę. Jeszcze chwila, kilka minut i rozpocznę swój 10-ty maraton. Obawiałem się jedynie o uda, które zanadto przemęczyłem treningami. Dziś jednak nie czuję że są osłabione, więc mogę dać z siebie wszystko.
10:30 start!
Kiedy starter zaczal odliczac od 10-ciu sekund w dól, kibice w równym rytmie zaczeli klaskac, co przyprawilo nie jednego biegacza o szybsze bicie serca. Linie startu przekroczylem po 17 sekundach i biegnąc w pierwszej setce (na ok 7000 biegaczy) szybko wybieglismy ze stadionu na ulice miasta. Juz na pierwszych kilometrach czuje dobrą dyspozycje. Nic mi nie dolega, oddech mam plytki a nogi posród tlumu zawodników niosą mnie jak na fali. Mijam kolejne ulice, usiane kibicującymi przechodniami i na pierwszej r0;piątcer1; mam czas 19:54. Na 7 km dolączam do grupki kilku biegaczy (w tym dwie kobiety) i trzymam sie ich tempa. Momentami biegniemy ponizej 4min/km a prowadzący te malą grupke, nieoficjalny peacemaker podaje swoim kolegom izotonik w butelkach, w tym takze i mnie. r0;Dyszker1; takze udaje mi sie zlamac ponizej pelnej (39:31) i podobnie jest z r0;pietnastkar1; (59:26) Nic nie zapowiadalo zblizającego sie kataklizmu, gdyz z kazdym kolejnym kilometrem czulem sie coraz mocniejszy psychicznie. Kiedy na polówce zobaczylem 1:23:59 za bardzo uwierzylem w to, ze jestem w stanie osiągnąc 2:48. Do 25 km wszystko szlo jak w zegarku. Z latwoscią zjadalem kolejne kilometry (od 15km do 20 w 20:04 i od 20 do 25 w 20:05) Nasz prywatny peacemaker utrzymywal równiutkie tempo a ja zacząlem sie zastanawiac, na jaki oni wlasciwie biegną czas? Juz kilka kilometrów wczesniej, moje lydki zrobily sie zbyt sztywne ale nie przeszkadzalo mi to dotąd w moim dziele samozniszczenia. Tuz po minieciu 25 kilometra wycofałem się się na tył kilkunasto osobowej teraz grupy, której dotąd na zmiane przewodzilem. To byl pierwszy znak ze cos jest nie tak. Utrzymywalem jeszcze przez chwile ogon grupy, poczym stwierdzilem ze moi kompani chyba przyspieszyli, wiec musze nieco zwolnic. Nic bardziej mylnego, bo oczywiscie to ja wyraznie zwolnilem. Moja grupa zaczela szybko ode mnie odchodzic a ja czulem ze moje nogi robią sie co raz bardziej olowiane. Wraz z utratą sil, siada takze psychika a kiedy widzisz, ze pomimo calej swojej mocy biegniesz zólwim tempem i mijają Cie inni zawodnicy, masz juz dosc. Radosny dotąd bieg, zamienia sie z kazdym kolejnym kilometrem w gehenne. Myślę, aby tylko dojść do 30-stki, a potem jakoś to będzie. Pozostanie tylko dwunastka, az dwunastka! Faktycznie, kiedy doszedlem do trzydziestego km, gdzie mialem czas o póltora minuty gorszy od pozostalych pokonanych r0;piatekr1; mialem juz kompletnie dosc. Wazniejsze od wyniku jest jednak to, by dotrzec caly i zdrowy do domu. Wymijali mnie juz nie tylko pojedynczy zawodnicy ale cale grupy, które wbrew pozorom nie biegly szybko. To ja z ledwoscią truchtalem spogladając na oddalających sie rywali. Ani zaden energetyczny zel, ani izotoniki juz nie pomogą. Nie pomogą takze przymusowe przejscia do marszu, podczas picia wody i izotoników ani doping kibiców skierowany (z litosci?) tylko w moją strone! Poleglem na calego i to jeszcze na dlugo przed startem. Zbyt duzo drobnych bledów, usypalo wielkoluda z waty. Teraz pozostalo mi tylko jedno, by dobiec do mety, zdobyc medal i wracac do domu. Przed biegiem ciązyla na mnie presja, gdyz pokonanie trasy w ciagu trzech godzin, dawalo mi zaledwie 40 minut na dotarcie ze stadionu do lotniska. To sprawilo, ze nie moglem sobie odpuscic ani na moment, gdyz w przeciwnym razie siedzialbym na lotnisku przez 6 godzin do nastepnej odprawy i musialbym kupic nowy bilet. Od 35 km mijalo mnie juz wszystko, co sie rusza. Nawet doping kibiców, krzyczący „Go! Polska!” nie dodawał mi sil. Do 40 km (2:51) wciaz mialem sznase na życiówkę, ale już tylko na papierze. Kompletnie ołowiane nogi, które z trudem pozwalały mi truchtać na przemian z marszem, zaczęły nawiedzać niewielkie skurcze. Na 41 km poczulem naplyw adrenaliny. Znów przypomnialem sobie o samolocie, który odlatuje za niespelna 40 minut. Przyspieszylem z tego powodu i minąlem kilku wykonczonych zawodników. Jeszcze dwa zakrety i bede na stadionie, nareszcie koniec dramatu. Czuję jakieś lekkie skurczyki w nogach i prawej ręce. Wpadam na ostatnia prostą do bramy stadionu, niesiony dopingiem setek kibiców i…dopadają mnie kosmiczne, niewyobrażalne dla chińskich uczonych skurcze. Najpierw tyly obydwu ud i natychmiast łydki. Zatrzymałem się jak postrzelony z pistoletu i krzyknąlem z bólu. Pomyślałem tylko 0 ku..na 300 metrów przed metą! Ale jaja.. Schylam się i podczas naciągania tylnych partii nóg, łapią mnie dodatkowo skurcze przednich części ud. Stoję zupełnie bez ruchu, ze ślicznym grymasem bólu na twarzy i nikt ze stojących kibiców nie kwapi sie, by mi pomóc. Nikt nie wie co jest grane? Widze jakiegos mezczyzne ubranego w dres, który biegnie w moja strone. Klade sie na plecy, na asfalt i wolam, by pomógl mi nacignąc skurczone miesnie. Nie bardzo wie o co chodzi, a ja nie wiem jak po angielsku brzmi slowo skurcz (Cramp na przyszlosc). Pyta czy wezwac pomoc, wiec mówie mu w bólu, ze nic mi nie jest, ze to tylko skurcz (pokazuje rekami ścisk). Myślę. Jeszcze by mnie gdzies zniesli z trasy i nici z medalu. Nie ma mowy o pomocy! Zorientował się o co chodzi i zabrał się do naciągania. Jak popuszczaly mi skurcze z tylu, to łapały boleśnie za przód i tak na zmianę. Podginam uda, czuje ulge bo popuszczają te skurcze nad rzepkami ale atakują z kolei z tyłu! Nie wiedzialem jak sie tego cholerstwa pozbyc. Z tylu slyszalem odglosy ludzi, stojących wzdluz trasy. Jedni na mój widok żałośnie lamentowali, inni głośno dopingowali bym sie nie poddawal. W koncu, po ok.3,4 minutach skurcze popuscily. Mój wybawiciel pomógl mi wstac i dla pewnosci poczekalem jeszcze kilka sekund. Wszystko w porządku, moge biec po wymeczony medal. Kiedy tylko ruszyłem z miejsca, ludzie zgotowali mi taki doping, jakiego jeszcze w życiu nie miałem. Wbiegłem na stadion jak nowo narodzony. Na bieżni wyprzedziłem jeszcze kilku zawodników i juz bez problemu zakonczylem swój 10-ty maraton. (3:06:45) to mój trzeci najlepszy czas. Upragniony medal zawisl na mojej szyi. Po biegu ide pokrzywiony, po odbiór rzeczy. Spotykam Norberta J. z Jaworzna. Mówi z uśmiechem: biegnę i patrzę a tam jakiś chłop leży. Podbiegam a tam Ty leżysz. Cos ty tam odpierd..na tym asfalcie. Norbertowi tez specjalnie nie poszlo. Za slabo sie rozgrzal, jak ja. Zegnam sie szybko i ruszam pędem na autobus. Pędem kulejący, z torbami na ramieniu, spocony i z numerem na koszulce. Po drodze trafiam na bude z Hot dogami i nie moge sobie odmówic tej przyjemnosci. O busie nie ma mowy gdyz trasa jest zablokowana. W nagrode za cierpeinia, natrafiam na taksówke i ekspresowym tempem dojechalem na lotnisko. Dopiero tam ściągam numer startowy z koszulki i ubieram sweter. Zarówno stewardessy jak i pozostali pracownicy lotniska pytali jak mi poszło na biegu? Nie ważne. Najważniejsze, że zdążyłem na samolot.
Bieg posiada wnikliwą statystykę, a także wykres z jaką szybkością poruszał się zawodnik. W poszczególnych miejscach na trasie, rozmieszczono kamery, filmujące biegaczy.

Name Jarzebowicz Pawel
City Glasgow
Country GBR
Distance Marathon
Category Msen
Overall place 559 / 6902
Category place 161
Speed 13,557 Km/Hour
Gross time 3:07:02
Net time 3:06:45
Net split times (difference)
5 Kilometer 19:54 (19:54)
10 Kilometer 39:31 (19:37)
15 Kilometer 59:26 (19:55)
20 Kilometer 1:19:30 (20:04)
Half marathon 1:23:59
25 Kilometer 1:39:33 (20:03)
30 Kilometer 2:01:13 (21:40)
35 Kilometer 2:24:24 (23:11)
40 Kilometer 2:51:23 (26:59)

Dane techniczne:

Relacja – Paweł Jarzębowicz

Pierwsza relacja – http://www.doliniarze.com

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s