Poznań Maraton 2011 – relacja


„Zawsze spóźniam się na start poznańskiego maratonu, trzeci raz biegłem w październikowym biegu i miałem takiego samego pecha jak zwykle. A właściwie to nie pech ale założenie, że nie ma co zbyt długo stać na starcie więc trzeba tam dotrzeć zaledwie kilka minut przed strzałem. A że od szatni do startu na ul. Abp. Baraniaka jest spory kawałek drogi więc dotarłem tam dosłownie minutę przed dziesiątą, nie zdążyłem się przecisnąć do swojej strefy gdy bieg już ruszył. Było to bardzo ważne, ale wówczas jeszcze o tym nie wiedziałem.

Pogoda była bardzo dobra, 10-12 stopni i piękne słońce. Ale nie idealna, bo na trasie miejscami dość mocno wiało. Dodatkowym utrudnieniem był niewielki śmigłowiec, podejrzewam, że sprawozdawczy, który fruwając kilkadziesiąt metrów nad głowami biegaczy skutecznie wybijał ich z rytmu, na szczęście tylko na kilku pierwszych kilometrach.

Do poznańskiego biegu podszedłem z założeniem, że pobiegnę poniżej 3 godzin. Ta sztuka udała mi się już w sierpniu tego roku więc kolejne starty postanowiłem poświęcić na wyśrubowanie swego czasu. Pierwszą próbę poprawki podjąłem we wrześniu w Warszawie, tam okazało się, że mam za mało siły by utrzymać tempo 4:12 min/ km – to dawałoby mi czas lepszy niż uzyskany w Gdańsku – tam biegłem 4:13 min/ km. Sekunda zysku w tempie na kilometr dawałaby mi 42 sekundy zysku na trasie, a więc finalny czas poniżej 2:58 czyli życiówkę. Takie założenie było w Warszawie, ale na 33 kilometrze „odcięło mi prąd”. Dlatego zapisałem się na poznański bieg i postawiłem przed sobą ten sam cel – 2:58. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że Poznań to mój 3 maraton w czasie 2 ostatnich miesięcy…

Jak wspomniałem spóźniłem się na start. Po strzale wyrzuciłem wierzchnią, starą koszulkę, zostałem w startówce, czapki i rękawiczek pozbyłem się w ciągu kilku kolejnych kilometrów. W Warszawie pobiegłem zbyt szybko pierwsze 20 km, tutaj postanowiłem tego błędu nie popełnić i zacząłem w 4:25 min/km płynnie schodząc z każdym kilometrem o 1 sekundę ze średniej. W rezultacie pierwsze 10 km zrobiłem w tempie 4:19 z czego generalnie byłem zadowolony. Nie dawali mi jednak spokoju zające na 3:00, których baloniki majaczyły ciągle 200-300 m przede mną, nie zbliżałem się do nich mimo mojej rosnącej średniej prędkości. Z drugiej jednak strony około kilometra biegłem z zającem na 3:20, który powinien biec w tempie 4:42, więc zasuwał zdecydowanie za szybko. Przekonany więc, że wszyscy tutaj biegną za szybko spokojnie robiłem swoje zakładając, że pierwszą połówkę przebiegnę wolniej, drugą szybciej. Zwykle biegam odwrotnie – jakkolwiek niefachowo by to nie zabrzmiało – wszystkie życiówki, włącznie ze złamaniem 3 h w maratonie zrobiłem robiąc sobie „zapas” czasu w pierwszej połowie i odpoczywając w drugiej. Ale, myślę sobie, posłucham mądrzejszych, pobiegnę wolno-szybko.

Biegłem w grupie kilku zawodników, którzy deklarowali chęć złamania 3 godzin, biegliśmy jakieś 300-400 m za balonikami z napisem 3:00. Dystans pomiędzy 10 a 20 kilometrem przebiegłem ze średnią 4:12 finalnie po 20 km miałem średnią 4:15 – szaleństwa nie ma, ale plan nadal jest do osiągnięcia – myślałem. Zwracałem pilnie uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze bardzo pilnowałem żeby nie nadrabiać metrów na zakrętach i punktach żywieniowych a innych biegaczy nie wyprzedzać za szeroko. Wiadomo, że w ten sposób można zrobić na trasie kilkaset metrów więcej, a to oczywiście odbija się na czasie. Tym bardziej, że w jednym z dużych biegów zrobiłem aż 42 km i 700 m, a ukończyłem z czasem 3:00:26… można się wnerwić, prawda? Druga rzecz to tętno. W biegu sprzed 2 miesięcy, gdy złamałem 3 godziny, potrafiłem utrzymać średnie tętno na 160 przez pierwszą połowę biegu. W Warszawie miałem 168 od pierwszych metrów, a średnią 170 na 20 kilometrze. Wydawało mi się, że podczas warszawskiego maratonu organizm nie potrafił się chłodzić, stąd za duże tętno i późniejszy spadek sił. W Poznaniu niestety sytuacja z tętnem się powtórzyła, od początku notowałem 166-170 i w żaden sposób (oddychanie, chowanie się za innymi, odpoczynek na zbiegach) nie potrafiłem zejść ani na chwilę poniżej 160.

Na połówce zameldowałem się z czasem 1:30:40 a więc ok. minuty powyżej czasu zakładanego do biegu na 3 godziny. Od wspomnianej połówki biegłem za zawodnikiem z naszej grupy, który rzeczywiście przyspieszył. Choć zdarzyły się kilometry w 4:15-4:16 to jednak większość dziesiątki pomiędzy 20 a 30 pokonaliśmy w tempie 4:08-4:10. Tempo więc wzrosło, jednak wzrosło również moje tętno, i to bardzo radykalnie, bo do 174-177 uderzeń na minutę. Było mi coraz ciężej, czułem rosnące zapotrzebowanie na picie i banany, a jednocześnie coraz trudniej było mi na punktach przełknąć płyny, o jedzeniu nie wspominając. Męczyłem się jednak i uzupełniałem braki na siłę. Tuż przed 30 kilometrem wciąż jeszcze zachowywałem średnie tempo 4:15 choć zdawałem sobie doskonale sprawę, że mam coraz mniej sił. Ok. 32. kilometra dogoniliśmy dwóch innych zawodników i razem usiłowaliśmy zachować odpowiednio wysoką prędkość, miałem już bardzo mało siły, zdawałem sobie sprawę, że właśnie znalazłem się w decydującym punkcie maratonu. I rzeczywiście zdecydował odcinek 33-35 kilometr. Kiedy tracę siły i zwalniam mam charakterystyczny i niepowtarzalny objaw – wydaje mi się, że biegnę szybko i sprężyście, tymczasem Garmin pokazuje co innego. I właśnie się to wydarzyło, zobaczyłem najpierw 4:20, później 4:25 i 4:28 – wiedziałem, że to już koniec mojej walki o życiówkę… Definitywnie energii zabrakło po 35. kilometrze gdy tempo było ciągle wolniejsze, aż do 5:30 w końcówce biegu. Kilka razy musiałem się również zatrzymać co naturalnie zdewastowało mój czas na mecie. Zupełnie się już nie spieszyłem – w takich sytuacjach, gdy dociera do mnie, że nie zmieszczę się w zakładanym czasie, jest mi wszystko jedno czy osiągnę 3:02 czy 4:02 – bieg uważam za przegrany.

Z Poznania wróciłem więc na tarczy. Za niepowodzenie w Poznaniu oskarżam swoją pychę, która podpowiedziała mi, że dam radę szybko pobiec trzy maratony w ciągu 2 miesięcy. Dałem radę tylko jeden i nie był to Poznań. Nauczony tym doświadczeniem postanowiłem, że w 2012. tylko raz, i to na jesieni, będę atakował 3 godziny. I będzie to Poznań, tym razem 13 edycja 🙂

Dane techniczne:

świetna relacja – Grzegorz Rogóż

super zrzut gps – Tomasz Dobosz

trasa na traseo.pl – Maraton Poznań 2011

trasa interaktywnie – http://marathon.poznan.pl/mapa/index.php

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s