01.10.2011, Millennium Tower Run Up Extreme – Wiedeń


01.10.2011, Millennium Tower Run Up Extreme – Wiedeń.

2529 stopni – tyle musieli pokonać uczestnicy biegu po schodach w wersji Extreme w austriackiej stolicy. Niemniej nie oznacza to, iż Wiedeńczycy posiadają tak wysoki wieżowiec oraz że tyle schodów pokonywało się ciurkiem. Na taką ilość składały się 3 biegi po 843 schodach rozłożonych na 48 pięter. Wersja Light tych zawodów to jednokrotna wspinaczka na taras widokowy wiedeńskiego biurowca Millennium Tower usytuowany na dachu.

Tak jak większość moich startów na schodach w tym roku, również do Wiednia udałem się w dniu zawodów, na co pozwalał popołudniowy termin ich rozgrywania. Start zaplanowany był na godzinę 16, natomiast ja zgodnie z rozkładem miałem być o 14:20 na jednym z wiedeńskich dworców kolejowych – Wiedeń Meindling, oddalonym od miejsca zawodów o ładnych kilkanaście kilometrów. Na szczęście pociąg nie był opóźniony, transport metrem miałem dokladnie rozpracowany, więc około godziny 15 byłem z bezpiecznym zapasem czasu na miejscu. Niewielki problem miałem w biurze zawodów, gdzie nieugięte panie obsługujące wydawanie numerów nakazywały mi opłacić podwyższone wpisowe w związku z faktem rejestracji w dniu zawodów. Nie zapisałem się przez formularz rejestracyjny, gdyż nie posiadam karty kredytowej w celu potwierdzenia rejestracji. Niemniej napisałem maila do organizatorów w tej kwestii oraz otrzymałem potwierdzenie o wpisaniu na listę startowej. W biurze okazało się jednak, że żaden Łobodziński u nich nie figuruje. Po dłuższej dyskusji udało mi się w niemiłej atmosferze wynegocjować pierwotną wersję wpisowego w wysokości 10 euro, niestety niskiego numeru startowego zarezerwowanego dla zawodników elity już nie udało mi się otrzymać. Jak się później okazało nie miało to żadnego znaczenia, gdyż każdy startował w dowolnej minucie, no może takiej dowolności za bardzo nie było, ale udałem, że nie rozumiem co mówią do mnie po niemiecku i wepchnąłem się na start z przodu, aby uniknąć częstego wyprzedzania słabszych zawodników, co skutecznie wybija z rytmu.

Po każdym wbiegnięciu miałem około pół godzinną przerwę, w czasie której ze schodami męczyli się pozostali zawodnicy. Start kolejnej rundy następował po 10 min od wbiegnięcia najsłabszego uczestnika na dach biurowca. Jako, że miałem drugi czas z pierwszego biegu, startowałem jako drugi zawodnik do drugiej rundy, 15 sekund za liderem. Był nim mój rówieśnik, niemiecki biegacz po schodach, ostatnio startujący sporadycznie, Jan Wilker. Nie miałem jeszcze przyjemności ścigać się z min, więc nie wiedziałem na co go stać. Okazało się, że jest naprawdę dobry i muszę dać z siebie wszystko, aby go pokonać. W pierwszym wyścigu straciłem do niego 4 s, ale w ostatecznym rozrachunku wyprzedziłem go o 12 s.

Jeśli chodzi o klatkę schodową, na której były rozgrywane zawody, była bardzo specyficzna i niezbyt mi odpowiadająca. Po pierwsze lewoskrętna, po drugie brak półpięter. Na każde piętro przypadało 17 stromych stopni. Było 2 razy mniej nawrotów (dzięki tym półpiętrom), w związku z czym większe znaczenie miały mocne nogi niż ‘kocia’ zwinność na zakrętach. Jedną słuszną techniką pokonywania kolejnych pięter, na którą notabene wpadłem dopiero podczas drugiej próby, była metoda wykorzystująca oba ramiona do podciągania się na jednej, wewnętrznej poręczy (w sposób podobny do wciągania flagi na maszt). Nie było to wygodne, ale z pewnością skuteczne.



Wracając do rywalizacji. Za drugim razem, wykorzystując moją autorską metodę, uzyskałem bardzo dobry czas 3:44 min, który dałby mi również zwycięstwo przed Włochem Fabio Rugą (3:47) w rywalizacji dla ‘cieniasów’, czyli wersji Light zawodów. Podczas drugiego biegu udało mi się dojść startującego przede mną 15s Wilkera, który czując mój oddech na plecach zebrał się w sobie i przyspieszył na ostatnich piętrach, przez co nie udało się go wyprzedzić. Jednak mój czas był o 11 sekund lepszy, co zaowocowało prowadzeniem po dwóch rundach oraz rozpoczynaniem zmagań w trzeciej i zarazem ostatniej odsłonie wiedeńskiego „piekła” Extreme 🙂

O ponownym obowiązku pokonania 48 pięter zaczyna się myśleć już na górze, po przekroczeniu mety w drugim starcie. Mięśnie są już mocno zmęczone, człowiek znajduje się na skraju omdlenia, a głowa mamrocze, że to nie koniec, że trzeba to zrobić jeszcze raz. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać… 30 minutowa przerwa wcale nie jest taka kojąca. Mięśnie zastygają, organizm się uspokaja i ma ewidentnie dość. Nie jest łatwo zmusić się do ponownej, trzeciej już, rozgrzewki.

Z drugiej strony myśli się, że jak się wbiegło 2 razy, to wbiegnie się i ten trzeci. W końcu to już z górki (szkoda, że nie w tej dyscyplinie), 67% za mną, tylko 4 min biegu przede mną. Jakoś ciężko pozbyć się niechęci do kolejnego pokonywania tych „cholernych” schodów  i strachu przed totalnym „zajechaniem się”. Wówczas myślałem, po co ja tu przyjechałem… ,tak się katować…, nikt mi za to mnie płaci (jak się później okaże nagrodą będzie bon 10euro na zakupy). Czy ja naprawdę robię to dla przyjemności…, czy ja to lubię…? Teraz mogę odpowiedzieć – tak, lubię to 🙂

Zawody wygrałem, z łącznym czasem 11:36 min, kończąc każdy z trzech biegów poniżej 4 min. Warto wspomnieć, iż zwycięzca tych zawodów sprzed roku, sympatyczny Austriak –  Rolf Majcen, wygrał te zawody w 2010r. z czasem o prawie 2 min gorszym, 13:29. W tym roku poziom był nieporównywalnie wyższy. Całe podium złamało 12 min, drugi Jan Wilker z czasem 11:46 oraz trzeci młody Czech – Pavel Ondresek, reprezentant kraju w biegach narciarskich, 11:57.

Za zwycięstwo tak jak już wspomniałem dostałem jedynie skromny pucharek i bon o wartości 10 euro, który z związku z zamknięciem już wszystkich sklepów przeznaczyłem na obiad, który swoja drogą do rarytasów nie należał 😦


Zawody oceniam pozytywnie, pomimo niemałych kosztów poniesionych na wyjazd do Wiednia. Wygrałem, zarobiłem sporo punktów do klasyfikacji Pucharu Świata i po 25 godzinach od wyjazdu wróciłem zmęczony, niewyspany i brudny do Warszawy. Tak zwięźle podsumował moje zwycięstwo jeden z zagranicznych portali biegowych http://www.runinternational.eu:

Participants in the „Extreme” race ran up the tower three times. Piotr Łobodziński of Poland, an all-round sports talent who took up vertical running this year, was not only the top finisher, he also clocked the fastest time of the day (3 minutes 44 seconds) – after travelling eight hours on the train from Warsaw to Vienna. Piotr collected his trophy and the prize for the winner (a 10€ voucher for the neighbouring shopping center) and went back to the train station for another long trip home.

Był to niewątpliwie najdłuższy i najcięższy bieg po schodach w mojej dotychczasowej karierze schodobiegacza. Łącznie prawie 12 min wspinaczki potrafi ostro dać w kość. Aż boję się pomyśleć o zawodach w najwyższych budynkach świata, gdzie czasy zwycięzców oscylują w granicach 15 min, z tą różnicą, że tam wbiega się ciągiem, a nie z dwoma przerwami. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się doświadczyć takich ekstremalnych przeżyć, co niewątpliwie wiąże się ze znalezieniem sponsora, gdyż finansowanie z własnej kieszeni wyjazdów do Azji czy Ameryki leży na razie poza moimi możliwościami 🙂

Dane techniczne:

świetna relacja – Piotr Łobodziński

data zawodów – 01.10.2011

miejsce zawodów – Wiedeń

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s