27 Supermaraton Kalisia dla Blizanowa – relacja


Kaliska Setka czyli zupełnie inna historia

Jestem maratończykiem (maratonką?;) co oznacza, że moje doświadczenie kończy się na dystansie 42,195. Wszystko, co poza nim było wielka niewiadomą, wzbudzało respekt i  strach. Maraton jest znany, po kilku startach przewidywalny, a setka to zupełnie inna historia.

Marzenie o ultramaratonie pojawiło się w tym samym momencie, kiedy zaczęłam biegać. Był maj 2009, kiedy zaczęłam wychodzić na krótkie przebieżki, udawało mi się przebiec  15 min bez odpoczynku, później ledwie żywa na trawę i kolejne 15 min z powrotem do domu.  Wpadł mi wtedy w ręce egzemplarz któregoś z magazynów biegowych z obszernym artykułem dotyczącym biegów ultra. Poczułam się jak dzieciak przed witryną sklepu ze słodyczami-upragnione, ale nieosiągalne…Podziw dla ludzi którzy robią takie rzeczy i ogromna tęsknota. Potem  była pierwsza dycha, półmaraton, maraton, kolejne biegi  i marzenie o dystansie wykraczającym poza 42,195 przestało być tak nierealne.

Decyzja zapadła dość spontanicznie. W czerwcu skończyłam 40 lat i stwierdziłam, że należy mi się jakiś wyjątkowy prezent-postanowiłam podarować sobie „setkę”. Szybko obliczyłam, że do 5 listopada (to był pierwotny termin Supermaratonu Kalisia) zmieszczę się idealnie z 19-tygodniowym planem treningowym. Plan świetny, wyszperany na amerykańskiej stronie internetowej, bardzo mi pasował. Znalazły się w nim szybkie 15-tki z tempówkami w tempie półmaratonu (wtorki)  i dłuższymi odcinkami w tempie maratońskim (czwartki) . W  weekendy z długie  wybiegania( najdłuższe z nich to 4 godziny w sobotę i 5 w niedzielę). Realizowałam go konsekwentnie do momentu, w którym okazało się , że los tegorocznej setki w Kaliszu stanął pod znakiem zapytania. Huragan, jaki przeszedł nad Blizanowem skutecznie uniemożliwił organizację biegu na dotychczasowej trasie. Szybko jednak pojawiła się kolejna informacja, że bieg odbędzie się w zmienionej formie i w terminie o 2 tygodnie wcześniejszym od planowanego- będzie to impreza koleżeńska, charytatywna, bieg po 2 km pętli w parku miejskim w Kaliszu na rzecz mieszkańców gminy Blizanów poszkodowanych przez wichurę. Zamiast opłaty startowej donacje na konto gminy. Z dnia na dzień radośnie obserwowałam jak zwiększa się liczba uczestników. Tuż przed zawodami na liście startowej znalazło się ok. 80 osób. Budujące było to, że wielu biegaczy również wpłacało pieniądze nie deklarując chęci startu.

Pomimo zmiany terminu i wycięcia 2 tygodni z planu treningowego czułam, że jestem przygotowana do biegu. Założenie na ostatni tydzień było takie: maksimum wypoczynku, leżę do góry brzuchem, śpię do oporu, 3 lekkie przebieżki w tygodniu, opycham się węglami i piję! Na to musiałam położyć szczególny nacisk, bo zwyczajnie „zapominam” o butelce z wodą i pod koniec dnia stwierdzam, że piłam o wiele za mało. Życie płata nam jednak figle. Tydzień przed zawodami był dla mnie jednym z cięższych w roku z przyczyn ode mnie niezależnych- cały czas w locie, dużo pracy,  mało snu,  a do Kalisza jechałam przez Poznań zarywając najważniejszą, przedostatnią noc! W sobotę na każdym kroku towarzyszyły mi dwa stwory, siedzące na moich ramionach i szeptające do ucha-z jednej strony dżentelmen z kopytami: „odpuść sobie, nie jesteś w stanie przy takim przemęczeniu podołać temu wysiłkowi!”, a drugi, znacznie bardziej pozytywna postać: „nie zastanawiaj się, jedź i po prostu pobiegnij-dasz radę”. No to wsiadłam w auto i pojechałam. Na miejscu znalazłam się tuż przed 21-szą. Biuro zawodów mieściło się w kaliskim OSirze, na miejscu było już sporo biegaczy, którzy postanowili skorzystać z gościnności Ośrodka i przenocować. Po obiorze numeru i koszulek szybko znalazłam znajome twarze Staszka Giemzy i Ewy Kasierskiej. Rozmowa ze Staszkiem dużo mi dała-przypomniał mi o tym, o czym wiedziałam z wielu czytanych przeze mnie relacji i opinii ultramaratończyków-że taki dystans biegnie się głową. A z moją głową – motywacją, determinacją i konsekwencją było wszystko w porządku. Po pół godzinie od przyjazdu leżałam już szczelnie owinięta w śpiwór. Nie mogę powiedzieć, żebym dobrze spała, jednak rano adrenalina zrobiła swoje-byłam gotowa. Uwielbiam klimat przed biegiem-widok kolegów i koleżanek przypinających numery, szykujących plecaki i torby z odżywkami. Właśnie-odżywki. Byłam przygotowana na to, że zobaczę rzeszę sportowców z całym arsenałem bidonów i butelek z różnymi miksturami-do takich widoków byłam przyzwyczajona uczestnicząc jako obsługa w ultramaratonach kolarskich. Tutaj było inaczej-królowało ciasto własnej roboty (przepyszne!) i herbata (chwała organizatorom-dobrze że Mariusz w końcu znalazł się termos, który zawieruszył się gdzieś w garażuJ) Jeśli chodzi o mnie wzięłam na start cały plecak-banany, naleśniki, batony i żele energetyczne i aminokwasy na drugą połowę biegu.

23 października, 6:30 rano. Temperatura  ok 1 stopnia. Na start było parę kroków. Sceneria surrealistyczna. W kompletnych ciemnościach grupa postaci wyglądających bardziej na kosmitów niż biegaczy, widocznych w świetle czołówek i migające wszędzie odblaski. Pomimo zimna panowała gorąca atmosfera podniecenia i wyczekiwania. W końcu ustawiamy się na starcie i…ruszamy. Biegniemy całą grupą, która wkrótce, po 1-2 kółkach dzieli się na mniejsze. Bieg po parkowej ścieżce nie należał do najłatwiejszych, spore odcinki kamieni wymagały dużej uważności, szczególnie przed świtem, a dla mnie, jak się później okazało również po zmroku. Pierwsze kilometry biegłam z Ewą, która przyjęła technikę bieg-marsz już na samym początku. Pomyślałam, że to dobre rozwiązanie, szczególnie dla mnie, kompletnego nowicjusza, nie miałam pojęcia co będzie działo się dalej, na 30, 50, 80-tym kilometrze, więc oszczędność sił wydawała mi się rozsądna. Pierwsze 10 km było jak przebieżka wokół bloku, nie odczułam ich zupełnie. Wkrótce wpadłam w rytm biegu, który sprawiał, że kolejne kilometry mijały zupełnie niepostrzeżenie. Marsz wybijał mnie z tego rytmu, więc postanowiłam dołączyć do Maćka z Murowanej Gośliny. Bieg nieco szybszy,  który umilała rozmowa i naprawdę piękne widoki. Zrobiło się jasno i mogliśmy podziwiać urok jesiennych alejek parkowych i rzeki.  2 kilometrowa pętla była poprowadzona w taki sposób, że długi odcinek prowadził wałem, poniżej którego biegła ścieżka, którą podążali biegacze w przeciwnym kierunku. Była to okazja do pomachania sobie, zapytania ” jak idzie”, do uśmiechu. Dla mnie jako osoby niezwykle towarzyskiej było to bardzo miłe i motywujące. Początkowo, kiedy dowiedziałam się, że będziemy biegać po pętli nie byłam zadowolona, pomyślałam, że zwariuję biegając przez ponad połowę doby w kółko. W praktyce okazało się mieć to bardzo dużo plusów. Co 2 km przebiegaliśmy obok namiotu sędziowskiego, mijając uśmiechniętą i niezwykle wspierającą ekipę organizatorów, łapiąc w locie kubek z herbatą i coś do zjedzenia. Łatwo też było planować odżywianie i odpoczynek-wystarczyło założyć „3 kółka biegnę bez przystanku, potem izotonik, po pięciu biorę żela”J W miarę upływu czasu w parku zaczęli pojawiać się spacerowicze i właściciele psów. Niezwykle inspirujące było to, że kilku z nich dowiadując się jaka jest idea biegu dołączali do nas. Pan, który mijał nas szybkim krokiem ze swoim pupilem po chwili truchtał kolejną pętlę z numerem startowym na piersi. Dla mnie idea biegu-pomoc poszkodowanym mieszkańcom Blizanowa -była bardzo motywująca. Wielokrotnie podczas biegu myślałam o tym, że mój wysiłek, każdy kolejny kilometr ma bardzo konkretny wymiar – pieniądze, jakie wpłaci sponsor na rzecz potrzebujących. Dlatego postanowiłam do końca biegu pozostać w koszulce z logo „Netto”.

Kolejne kilometry. Zupełnie nie pamiętam, kiedy minął 20 i 30 km. Maraton ukończyłam ze zdziwieniem, że to już, nie czując specjalnego zmęczenia. Myślę, że duże znaczenie miał fakt, że nie biegłam „na wynik” Moim celem było ukończenie biegu, więc  moja koncentracja była dużo mniejsza niż podczas maratonu, kiedy w głowie mam ilość km do przebiegnięcia i zastanawiam się, czy biegnę we właściwym tempie. Teraz nie włączyłam nawet Garmina, „żeby nie przeszkadzał”J Pamiętałam radę Staszka Giemzy, udzieloną mi poprzedniego wieczora: ”Nie myśl o tym ile masz jeszcze do przebiegnięcia. Po prostu biegnij.”  Sam bieg, miarowy rytm sprawiał mi ogromną radość, ilość wydzielanych endorfin przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Po uśmiechach na twarzach mijanych biegaczy mogłam sądzić, że nie jestem przypadkiem odosobnionym. Długi czas biegłam sama, później w towarzystwie grupki bardziej doświadczonych kolegów, którzy rozsądnie studzili mój entuzjazm, zwracając mi uwagę, żeby nie podbiegać pod górkę (mieliśmy jeden mały podbieg!), oszczędzać siły.

Połówka. 50 km przebiegłam w niecałe 6 godzin. Byłam naprawdę zadowolona. Ok. 13 przyjechała z Poznania koleżanka Anna z termosem przepysznej kawy, rowerem i deklaracją wspierania mnie aż do końca. Biegłam więc dalej w asyście Ani na rowerze, rozmawiając, oczywiście o bieganiu i snując plany na przyszły rok- w czerwcu biegniemy razem Rzeźnika. Pomoc Ani była nieoceniona. Zmęczenie dawało o sobie znać coraz bardziej, a ja mogłam liczyć na jej wsparcie-podawała mi jedzenie, przypominała, żeby ścinać zakręty i nie gadać za dużo.

Na 65 km niespodzianka. Zupełnie nieoczekiwanie na parkowej ścieżce pojawił się mój ukochany, którego miało tam nie być! Obecność Grzegorza była dla mnie niesłychanie motywująca. Biegamy razem od kilku lat. Grzegorz, jego rady i postawa-upór, wytrwałość i konsekwencja są dla mnie ogromną inspiracją. Tak więc miałam przy sobie dwójkę ludzi, których bardzo cenię. I to w momencie, kiedy zaczynały się schody. 70 km. Pierwszą informacją jaka usłyszałam o setce, kiedy dzień wcześniej przyjechałam do biura zawodów było to, że, inaczej niż w maratonie, ściana przychodzi właśnie na 70 km. I była to prawda. Do tego momentu było miło, później przywołanie uśmiechu na twarz przychodziło z coraz większym trudem. Mimo tego, że Ania powtarzała: „Jaka ściana? Jeśli myślisz, że jej nie ma, nie odczujesz jej” było coraz ciężej. Zmęczenie narastało z każdym kilometrem. Coraz częściej pojawiała się myśl „Rany, ile jeszcze zostało?” Tak jak wcześniej kolejne pętle mijały niezauważone, tak teraz czas dłużył się w nieskończoność. Odliczanie kolejnych. I to nie ból był dla mnie największym problemem, ale raczej  unoszenie stóp ponad ziemię stanowiło problem. Nierówności terenu dawały się we znaki. W pewnym momencie skończyło się to upadkiem. Nic poważnego, ale popłakałam się. Miałam wrażenie, że nie kontroluję już organizmu-chciało mi się płakać coraz częściej, postanowiłam nie zwracać na to uwagi i potraktować to jako normalną reakcję na wysiłek. Podobnie jak fale mdłości, które były chyba jeszcze większym problemem. Wiedziałam, że żeby wytrwać do końca muszę jeść. Ale nie mogłam. Żołądek odmawiał posłuszeństwa i zamiast przyjmować jedzenie, chciał je zwracać. Zaczęło też dokuczać zimno. Do tej pory biegłam bez zmiany odzieży. Teraz  mokre od potu bluza i koszulka przy zapadającym zmierzchu i coraz niższej temperaturze zaczęły przeszkadzać. Myśl jednak, że muszę podnieść ręce, żeby to wszystko zdjąć była straszna. Ania pomogła mi więc pozbyć się tylko jednej warstwy, zastępując ją suchą, cieplejszą. Było znacznie lepiej.

Biegłam  coraz wolniej, a czas zaczął mieć znaczenie. Okazało się, że nie zostało go dużo i w takim tempie nie zmieszczę się w wyznaczonym limicie 12,5 godziny. Ja myślałam jednak tylko o tym, żeby dobiec. Odezwała się we mnie jakaś zawziętość. Żartowaliśmy z Anią i Grzesiem, że ostatecznie na ostatnich kilometrach mogę się czołgać. Ich pomoc i poczucie humoru było nieocenione. Teraz już obydwoje towarzyszyli mi na trasie biegnąc i maszerując.

12,5 godziny. Przybiegłam do namiotu sędziowskiego. 96 km. Zabrakło 4. Słownie czterech. Podczas gdy organizatorzy zwijali namiot i przenosili się do biura zawodów ja kończyłam swoją setkę. W międzyczasie zrobiło się ciemno. Ostatnie kilometry pokonywaliśmy przy świetle komórki Ani szybkim marszem. Grześ zmierzył czas, w jakim pokonujemy pętle biegnąc i maszerując-okazał się niemal identyczny. I ostatnie metry biegiem, z okrzykami „Musisz dobiec do śmietnika”,  bo w międzyczasie meta została zwinięta.

A potem nastąpił najpiękniejszy moment mojego życia, nie potrafię porównać go z niczym innym. Kiedy weszłam (o zgrozo,po schodach!) do biura zawodów,  zgromadzeni zawodnicy i organizatorzy zaczęli bić brawo i gratulować mi wytrwałości. Nagroda niespodziewana i tak wzruszająca, że stanęłam tam na środku i popłakałam się. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam i nawet teraz na to wspomnienie ogarnia mnie ogromne wzruszenie. Potem długi uścisk Mariusza Kurzajczyka i…odbiór nagrody za 2 miejsce w biegu na 50 km w kategorii kobiet!

Tak wiec wróciłam z tarczą, mimo tego, że przebiegnięcie 100 km zajęło mi 13 h 10 min. Co teraz czuję na wspomnienie Kaliskiej Setki? Ogromną wdzięczność dla ludzi, którzy ze mną tam byli-kolegów biegaczy-tych którzy biegli i tych którzy nam to umożliwiali. To co najbardziej pamiętam to radość, ciepło, uśmiech, wsparcie, przyjaźń. A prócz tego bezcenne poczucie,  że na dużo mnie stać. With a little help from my friends 🙂


Dane techniczne:

Świetna relacja – Lucyna Nowak

zdjęcia – pobrane z facebook – Grzegorz Rogóż

zdjęcia (albumy) – Mariusz Kurzajczyk

Album 1 Album 2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s