XXIII Bieg Niepodległości – Warszawa, relacja


Nieźle wymyślili sobie Organizatorzy z tymi jedynkami. Doskonałe narzędzie reklamowe, a przy okazji łatwo zapamiętać godzinę startu. Lubię ten bieg, choć jeszcze nie brałem w nim udziału jako zawodnik. Za to kilkukrotnie oglądałem i muszę przyznać, że widok żywej biało-czerwonej flagi zaczynającej przesuwać się głównymi ulicami Warszawy robi ogromne wrażenie. Organizator sugeruje założenie czerwonej lub białej koszulki dołączonej do pakietu startowego, ale do tego nie zmusza. Choć nie ubrałem tego T-shirtu to założyłem białą startówkę. Po części dlatego, że innej nie mam.

Na BN zapisałem już dawno w celu bicia życiówki. Wówczas, nie bardzo jednak w to wierzyłem, stawiając, że moją najlepszą dychą w sezonie będzie start 6 listopada w kameralnym biegu na Pradze. Tak było, zrobiłem swoje, ale nie odpuszczę przecież kolejnej okazji by się ścigać. No właśnie – przy okazji – nie zgadzam się z większością opinii wygłaszanych przez promotorów biegania w mediach. Wciąż słyszę, że w zawodach biegacze mierzą się z własną słabością i pokonują samych siebie – szczególnie w maratonie. Uważam to za wierutną bzdurę. Biegacze startują by się ścigać i wygrywać z innymi. Znam z widzenia, z nazwiska, z list startowych i wyników konkurentów, z którymi chcę się mierzyć i usiłuję to robić. Wynik poprawiam dlatego, że podnieca mnie wirtualna rywalizacja między zawodnikami. Ci, których znam, czują i postępują podobnie. Chcę również zwrócić uwagę, że wyścigiem – takim samym jak 10 km – jest maraton. Dystans 42 km jest normalnym wysiłkiem dla każdego zdrowego człowieka, który w limicie czasu może to nawet PRZEJŚĆ energicznym krokiem. Wkurza mnie więc gadanie o ścianach, kryzysach, heroicznej walce z samym sobą. Nie wierzę w to. Na starcie maratonów stajemy by wyprzedzić innych, rywalizować, zająć lepsze miejsce i mieć lepszy czas od sąsiada, kolegi z firmy czy przyjaciela biegacza poznanego na innych zawodach. Maraton nie jest żadnym nadludzkim wyczynem – na londyński bieg zgłasza się 200 tys. w 48 godzin – gdzie tu miejsce na wyjątkowość?

Zatem na BN przyjechałem się ścigać. Organizacja – wzorowa. W szatniach i depozytach porządek, oznaczenia czytelne, porządkowi pomocni, tojek na tyle dużo, że nie ma kolejek. Może jestem mało wymagający, ale dla mnie wszystko bez zarzutu. I w dodatku pogoda – cudowne, jesienne słońce i piękne światło, to dało mi jednoznacznie pozytywny nastrój. Postanowiłem biec w koszulce startowej na ramiączka i rękawiczkach. Na start założyłem jeszcze bluzę, odrzuciłem ją tuż przed wystrzałem startera. No i wunderwaffe – długie skarpety uciskowe, które pożyczyłem specjalnie na start. Podobno biega się w nich o wiele szybciej. Żarty żartami – nieważne czy rzeczywiście działają na nogi, istotne, że mam nowy element MOGĄCY dawać efekt. Czyli skarpety zakładam na nogi, ale mają działać na głowę.  Przez nogi do głowy trafia mi jeszcze jeden atut – tuż przed startem wszedłem w kupę. Pierwszy raz w życiu naprawdę się z tego ucieszyłem, będzie dobrze Rogóż, pomyślałem.

Przed startem spotkałem się z dwoma przyjaciółmi, co na zdjęciach uwieczniła moja dziewczyna, Lucyna. Najpierw przyszedł Piotruś, który oczywiście skomentował szeroko moje długie skarpety twierdząc, że są gejowskie, a w ogóle to przepłaciłem. Później jak zwykle kłóciliśmy się o to, który z nas jest przystojniejszy. Tym razem ja wygrałem bo na swoje nieszczęście Piotruś założył niepraną koszulkę z długim rękawem, która śmierdziała tak potężnie, że musieliśmy z Lucyną stać po zawietrznej. To go zdyskwalifikowało. Tuż przed jedenastą dołączył do nas Łukasz. Mocno namawiałem go na ten start i jestem szczęśliwy, że się zdecydował. Łukasz był pewien, że da radę przebiec 10 km, nie miał tylko pojęcia w jakim czasie i jak rozłożyć siły.

 

Za barierkami zrobił się już tłok, ale w odróżnieniu od konkurencyjnego biegu masowego sprzed kilku tygodni, na BN są strefy startowe. Ustawiłem się właściwie, pomiędzy 35 a 38 minut. O 11:06 odegrano w całości Hymn Państwowy, chwila była wzruszająca, dzięki temu cała masa ludzi, m.in. ja, uświadomiła sobie co przyszliśmy uczcić tym biegiem. Jestem z tej chwili dumny tym, bardziej, że w tym samym czasie banda debili robiła karczemne burdy zaledwie kilkaset metrów od trasy biegu.

Wirtualny partner nastawiony na czas 37:40, czyli na życiówkę z Praskiej Dychy. Przypomnę – wirtualny partner pokazuje czy wyprzedzam go czy zostaję z tyłu biegnąc na zadany czas. Jak go wyprzedzę – nowa życiówka. Start biegu był zdecydowanie nerwowy z powodu ciasnoty. Przez pierwszy kilometr dosłownie przepychałem się, uskakiwałem i obiegałem bardzo wolnych uczestników biegu. Mam ogromny szacunek dla każdego, kto decyduje się ruszyć z fotela, a szczególnie w celu wzięcia udziału w zawodach. Jednak ustawianie się w strefie 35 minut ze świadomością, że osiągnie się czas o kilkanaście lub kilkadziesiąt minut gorszy wygląda na brak szacunku dla biegających szybciej. Choć na tym kilometrze straciłem 7-9 sekund i również, co ważniejsze, dużo sił, to nie chcę nad tym biadolić, katastrofy nie było. Trasa BN jest jedyna i niepowtarzalna do bicia rekordów – ma tylko jeden zakręt – nawrotkę. Biegnie się 5 km szeroką ulicą Jana Pawła II a później zawraca do mety. Akurat tak się złożyło, że pierwszą część biegło się pod wiatr, a po nawrocie dostawało się wiatr lekko w plecy. Lubię biegać w pętlach, ale jeszcze bardziej lubię agrafki. Z racji nabytej niedawno pyszałkowatości z przyjemnością patrzę na tych, którzy nadbiegają dopiero do nawrotki i im bardziej jestem zmęczony tym mocniej im współczuję, że mają jeszcze tak daleko do mety. Na drugim kilometrze za mocno przyspieszam, ale wyrównuję 3, 4 i 5-ty, tak że na połowie jestem 4 sekundy przed czasem. Dokładnie na 2,5 kilometrze, na wysokości Dworca Centralnego, pokonywaliśmy wiadukt nad Alejami Jerozolimskimi. Robiliśmy to dwukrotnie, najpierw biegnąc na połówkę, a później wracając. Za pierwszym razem poszło mi koncertowo, podbiegłem z dużym tętnem, a zbiegłem z ogromną prędkością, zafrasowałem się jednak co będzie w drugą stronę. Przy Rakowieckiej czeka mnie niespodzianka, mój team do kibicowania w koszulkach „Biegnij Grześ Biegnij” drze się jak opętany, tym razem bez psa. Iwona i Rafał zostali również na powrót, to wówczas ich okrzyki dały mi najwięcej. Kilometry 6 i 7, zaraz po zawróceniu, pobiegłem za wolno, 3:46 – 3:47, oprócz pierwszego, tego w tłumie, to był najgorszy odcinek biegu. Ale najbardziej irytuje mnie to, że pobiegłem je wolniej bo postanowiłem trochę odpocząć… Po co?! Nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy. Przyspieszyłem dopiero na wiadukcie, zbiegając. Na górze spotkałem zresztą kolegę, z którym wspólnie przespacerowaliśmy kilka ostatnich kilometrów tegorocznego Maratonu Warszawskiego. Jako, że nieszczęście łączy, czujemy do siebie ogromną sympatię. Za wiaduktem biegłem jak opętany, 8-my i 9-ty w tempie 3:41, a ostatni kilometr 3:34. Wylądowałem na 91. miejscu z czasem netto 37:18, wynik z Pragi poprawiony o 23 sekundy. Oczywiście jestem zadowolony z nowej życiówki, ale jednocześnie wiem, że stać mnie było na bieg poniżej 37 minut. Myślę sobie jednak, że warto coś zostawić na przyszły rok. Myśląc dzisiaj o sezonie 2011 i nadchodzącym 2012 jestem przekonany, że Bieg Niepodległości, z racji terminu i trasy jest najlepszą okazją do śrubowania własnego czasu.

Piotruś pobiegł z czasem trochę ponad 46 minut, z racji nie zagojonego jeszcze ścięgna Achillesa nie był w stanie zejść poniżej 45 minut. Ale Achilles to poważniejsza sprawa niż rekord życiowy na 10 km. Drugi z moich kolegów, Łukasz, debiutując, wybiegał 54 minuty. Stwierdził, że przybiegł na metę mając zbyt wiele sił więc powinien to zrobić szybciej. Namawiam go na Półmaraton Warszawski, jak myślicie, pobiegnie? Ja jestem tego pewien. Założymy się?

Odkładam buty na równe 50 dni z pełną świadomością, że wypoczynek jest niezwykle ważną częścią treningu. Przez te dni zapewne złapię 2-3 kilogramy masy i rozleniwię się nieco. Planuję zacząć treningi dokładnie 1 stycznia 2012, a pierwszym celem jest maraton w Krakowie. Jestem już zapisany, zapłaciłem i mam numer 105.

 

Po oddaniu ubrania do depozytu, zostałem tylko w bluzie, którą planowo zdjąłem tuż przed startem.

 

Dyskusja na temat moich wunderwaffe czyli długich skarpetek kompresyjnych. Piotruś wyjawił, że najlepszą i najtańszą metodą na skuteczny, leczniczy i TANI ucisk nóg są skarpety na żylaki marki Pani Teresa. Wchodzę w to. Zaraz po dyskusji na temat skarpet kłóciliśmy się, który z nas jest przystojniejszy.

 

Odnalazł się Łukasz, który zadebiutował w zawodach biegowy z czasem 54 minuty.

 

Jakkolwiek na tej imprezie spotkałem całe tłumy znajomych to jednak cieszę się, że startowałem akurat w tym towarzystwie.

 

11:06, odegranie Hymnu.

 

Jedną z kategorii byli chodziarze nordic walking. Organizatorom należy się uznanie, że do tej imprezy, z założenia biegowej, włączyli również inne kategorie.

 

Byłem na mecie 91. z czasem netto 37:18…

 

… i solidniejszym tętnem – 173-174 na ostatnich 2 kilometrach.

 

Człowiek, który w tym roku stał się legendą – przejechał wyścig kolarski Paryż-Brest-Paryż o długości 1200 km w czasie nieco ponad 53 godziny. Jestem dumny, że Czarek jest moim kolegą. Tym bardziej, że kibicował mi mocno na trasie, a gdy rozmawialiśmy po biegu pytał jakie ma buty do biegania kupić. W ogóle wśród kolarzy zauważam ostatnio jakąś biegową zarazę 🙂

Dane techniczne:

świetna relacja – Grzegorz Rogóż

niesamowity czas – Grzegorz Rogóż

super zdjęcia – Lucyna Nowak

mapa biegu – Traseo.pl 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s