Malezja po raz drugi


Podróż do Azji pochłonęła całą moją energię jeszcze przed wyjściem z domu.To ostatecznie dobrze, gdyż przez kolejne dwa dni mogłem i musiałem skupić swoją uwagę na coraz to nowych oznaczeniach.Z domu na dworzec wyruszamy nieco wcześniej, choć ze świadomością spędzenia nadrobionych minut na dworcu. Dwie najbliższe osoby, które wpływają na podejmowane przeze mnie decyzje. Wierzę jednak, że są to działania podświadome, wynikające z kobiecej empatii i potrzeby troski.

Ostatnie chwilę spędzam z K. i to ona zapewnia mnie, że wybór podróży do Malezji jest właściwy. Z drugiej strony, gdyby nie perspektywa nie spełnienia odgórnie i własnoręcznie postawionych celów, pewnie próbowałbym zakończyć wyjazd przed jego rozpoczęciem, aby w ten sposób minimalizować potencjalnie utracone koszty.

Noc w Warszawie. Rodzina, która widziała mnie częściej niż ja ich, jest bardzo mile nastawiona i wieczór ten spędzam w towarzyskiej atmosferze pośród rozmów, wskazania możliwości i ewentualnych dodatkowych źródeł zaspokojenia wewnętrznych potrzeb. Kładę się spokojnie i szybko zasypiam kalkulując wszelkie alternatywne koszty. Jest jeden, w postaci braku K. na ten czas. Rano śniadanie, chwila na zebranie i w drogę na lotnisko. I znowu wygodnie, gdyż rodzinka podwozi mnie aż na terminal odlotów. Jestem wcześniej i wydaje mi się, że wszystko jest już dopięte. Zapominam, by schować ciastka do walizki i prawie wszystkie zjadam w drodzą na kontrolę. Jedno przejdzie przez skaner, ale widzę tylko uśmiech oficerki. Ukraińskimi liniami do Kijowa. To nie ta klasa co linie arabskie, nie ma tyle miejsca i gorzej to wygląda. Najważniejsze jednak, że nie trzęsie i nie wywraca mi żołądka. Nic więcej w tym momencie nie potrzebuję. Na lotnisku w Kijowie ponowne sprawdzanie zawartości bagażu, tworzy się kolejka, ale kolejny lot jest za bezpieczne trzy godziny. Kręcę się w poszukiwaniu wody. Dostają ją jako dodatek do kawy. Lepiej się nie dało. Wszędzie tylko alkohol i słodycze. To eufemizm, lecz te dwa dobra na szybko uśmierzają ból i jakiekolwiek inne wyższe pragnienia. Można więc przynajmniej od jednego piwa do drugiego nie myśleć o dalszej podróży w powietrzu.

Śpię, nie śpię, jestem w półśnie. Dziwne to uczucie. Minimalizuje wszelkie ruchy do minimum i trwam w ten sposób z dwoma przerwami na posiłek niemalże do samego Bangkoku. Nie czuję zmęczenia. Tym bardziej świadom jestem, że muszę się teraz spiąć i odnaleźć na tajskim lotnisku. Idę za tłumem, ale strażnik nas przekierowuje. Staję w drugiej kolejce, wypełniam podanie o wizę.  Dostrzegam oburzenie na pozostałych twarzach, gdyż wiza to wydatek 100 dolarów. Nie podoba mi się. Zachowuję sobie kolejkę i szukam bankomatu. Jeszcze raz próbuję szczęścia na pierwszej kontroli. Strażnik nie wie, czego chcę. Pyta kolegi za okienkiem. Rzeczywiście, strefa Schengen zwalnia mnie z opłaty za wizę i dostaję miesięczną przepustkę. Potrzebuję tylko 3-4 godzin, ale może wrócę tu w styczniu pobiegać. Zanim stanę w godzinnej kolejce na odprawę bagażu, wyjdę jeszcze na zewnątrz zaczerpnąć powietrza. To zaczyna przywracać wspomnienia. Dalej siadam w poczekalni, próbuję znaleźć wifi, przyglądam się rozpalającemu się krajobrazowie. Przebieram się na krótko, wyjmuję sandały i jestem gotowy na dalszą podróż. To już niedzielny poranek. Myślę o K. – może się jeszcze nie położyła spać. Odcinek Bangkok-Kuala Lumpur ciągnie się i już coraz mocniej chcę wysiąść. Na lotnisku odprawa bezpapierkowa, wystarczą skany palców wskazujących. Szukam autobusu, czuję jak gorąc zaczyna docierać pod ubranie. Rzeczywiście, nie wszystko tak dokładnie zapamiętałem. Tym busem na stację pkp, a potem do centrum. Stoję i rozciągam piętę, boli coraz bardziej. W centrum miasta łapię taksówkę, która dowozi mnie, ale nie do końca. Kierowca wskazuje palcem, w którą stronę mam iść. Chyba się nieco przeliczył z miarą swojego palca, gdyż mam jeszcze kawałek do zrobienia. Z perspektywy wieczora wiem, że to tylko kilka minut; przed południem jednak byłem sam pośrodku ulicy o nazwie, której szukałem, bez domu jednak, którego zdjęcie widziałem jakiś czas temu. Ulitował się Pan Stary Chińczyk i podwiózł mnie. Dziewczyna z ambasady przywitała, zaprowadziła do środka, pokazała pokój i do wieczora już jej nie widziałem. To się powinno w tym tygodniu zmienić.

Jak wiele wrażeń zostaje tu pominiętych. Jak czuję, jak wącham zagubione zmysły. Wciąż nie jestem przekonany, czy będzie to czas alternatywnie możliwie dobrze wykorzystany, ale przynajmniej do jutra chciałbym pozwolić sobie na chwilę spokojnego zadechu i zadumy.

Reklamy

2 myśli nt. „Malezja po raz drugi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s