SkyGames 2012 – reszta opowieści


Sobotni wieczór to zarówno mentalne jak i techniczne przygotowanie na niedzielne zawody. To także moment chwilowego podenerwowania, które udziela się w niemożności znalezienia drobnych rzeczy, złego dopasowania wielkrotnie sprawdzonego wcześniej sprzętu w postaci koszulki, czy ostatecznie dylematu, co jeszcze należy zrobić. Po kolacji pełny i wystarczająco zmotywowany kładę się spać. Magda z Jankiem jeszcze się spierają, jak, co i no co ty.

Wcześnie rano, jeszcze przed 5.30, zbieramy się z łóżek, by dopakować plecaki, wrzucić niezbędne rzeczy do toreb. Proste śniadanie pół godziny później stawia nas na nogi. Oczekiwanie na grecką ekipę, z którą pojedziemy na miejsce zawodów. Poznajemy Sławka, który spędził 20 lat w Grecji i startuje z nimi, poznajemy dwie nowe zawodniczki, które będą rywalizować z Magdą. Nieco spóźnieni ruszamy na miejsce zawodów. Villaler oddalone o 8.9km jest kolejną małą miejscowością, która poza swoim urokiem nie posiada typowo turystycznych atrakcji. To jednak idealny punkt na mapie, by rozpocząć przygodę z „wysokimi” górami. Trochę rozciągania, ostatnie łyki wody. Jest równo 7.30, gdy kobiety ruszają na trasę SkyMarathonu. Pół godziny później pogoń rozpoczynają mężczyźni. Robi się spokojnie. Jest 8.30, gdy wraz z wszystkimi pozostałymi zawodnikami rozpoczynam SkyRace. Subiektywnie i bardzo emocjonalnie podchodzę zarówno dosłownie, jak i przenośnie pod każde wzniesienie. Nie jest za gwałtownie. Czerpię z tego biegu pełnymi garściami, przepuszczam szybszych biegaczy i spoglądam niemalże co chwilę na otaczające mnie niesamowite widoki. Mam wystarczające usprawiedliwienie, by nie biec za szybko. Po trzeciej z pięciu stacji robi się naprawdę mocno pod górę. Nikt już nie biegnie, ani nie wyprzedza. Przez chmury, lekko wychłodzeni, staramy się dostać na 2270m, by na czwartej stacji nieco odpocząć. Pierwszy energetyczny baton, pierwszy kubeczek z coca-colą. Teraz jeszcze 8km po kamieniach bardzo mocno w dół. To pewnie nic w porównaniu z biegiem Magdy i Janka. Próbuję wykorzystać zbieg, by szybciej dotrzeć na metę. Mam już odpowiednią ilość widoków i dynamicznego wyrażania zachwytu. Mógłbym przebiec już przez końcową linię. Na płaskim odcinku pozdrawiam Marino i Roi, i tuż zaraz jestem w miejscu, w którym trzy i pół godziny temu rozpocząłem swój SkyRace.

Odpocząłem, choć nogi mi się uginają. Pozdrawiam i gratuluję nadbiegającym biegaczom. Zaraz po mnie przybiega zwycięzca SkyMarathon –  ….. . Jeszcze wczoraj, uśmiechnięty pozwolił mi na pamiątkowe zdjęcie, dzisiaj wygląda na kompletnie zmęczonego. Znajduję go potem na parkingu. Cieszy się, że w końcu będzie mógł coś dzisiaj zjeść. Niedługo potem przybiega Janek, obowiązkowe zdjęcie przez fotografa z greckiej ekipy. Rozmowa, jak trasa, co można było zmienić. Odrobina narzekania, ale bez wątpienia niesamowita lekcja pokory w stosunku do filozofii Skyrunning. Czekamy jeszcze na Magdę. Zmęczona, lecz zadowolona. To już koniec. Teraz będziemy rozmawiać i debatować.

Koło 17.00 ceremonia rozdania nagród. Faworyci zbierają zasłużone laury. Choć mistrzostwa są międzynarodowe, na scenie Hiszpanie i Katalończycy. Tutaj trzeba ich rozróżnić. Pięknie to wygląda. Myślę już o sierpniowym starcie Dominiki na Sierre Zinal. Wspólnie z Grekami zbieramy się jeszcze przed oficjalnym zakończeniem. Wszyscy mają już swoje w nogach. Jeszcze tylko kontakt z szefem biegów górskich w Polsce. Podczas kolacji nie żałujemy sobie. Toast za wspólne osiągnięcie i konsolidacja z grecką drużyną. Prysznic i koniec kolejnego wyjątkowego dnia.

Nowy tydzień rozpoczynamy wyjątkowo dobrze znanym stanem miękkości kolan. Schodzenie po schodach nabiera nowego wymiaru. Dwie małe kawy, sok, dla wszystkich crossaint, chleb z dżemem. Zostawiam Magdę z Jankiem, by podejść do hotelu obok. Szefowie Skyrunning przy śniadaniu uzupełniają oficjalne wyniki wczorajszych biegów. Mozolnie podliczają i przeliczają uzyskane punkty, by tym samym sprawdzić bezpośrednich organizatorów SkyGames. Niezwykła szansa, by wskazać na możliwości Skyrunning Polska. Możemy liczyć na spore wsparcie.

Wspólnie z Grekiem, który kocha rajdy przygodowe kierujemy się w kierunku miejscowości Lleida. Nie ustają rozmowy o biegach, wyprawach, o biegowo-przygodowych planach. Wszyscy szybko znajdujemy wspólny język. Na miejscu kilka godzin bezwiednego leniuchowania. Przed rektoratem Universitat de Lleida inkorporujemy bezsprzeczny i fundamentalny element śródziemnomorskiej kultury. W rzeczy samej, siesta pozwala na złapanie oddechu. Tuż po 17.00 spotykamy umówionego wcześniej Katalończyka, który zabiera nas do siebie do domy. Dwie godziny spędzone na rozmowie wywołują kolejny uśmiech na twarzy. Spotykamy ludzi, którzy obdarzają nas bezkompromisową życzliwości już na samym początku. Nieco później zostajemy sami. Ciepłe mleko z proszku, naleśniki, Dżem i historia do opisania nie pozwala na krótki wieczór.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s