Dzień Konia – 39 Maraton Berlin, 2012-09-30


Relacja Grzegorza 🙂

Dzień Konia

39 Maraton Berlin, 2012-09-30

 

Mam swoje sprawy związane z Berlinem. Od dawna wiem, że jest tam jeden z pięciu największych i najważniejszych maratonów na świecie. A jednocześnie lubię to miasto. Miejsce,  w którym można więcej niż gdzie indziej, gdzie wszyscy rozumieją angielski, automaty biletowe komunikują się po polsku, a metro porusza się szybciej niż myśl. W tym roku pobiegłem berliński maraton po raz trzeci. Nie przypadkiem po raz trzeci kupiłem wstęp i bilet na podróż.

Pierwszy raz na bieganie pojechałem tam cztery lata temu, moim BMW kombi, z córką śpiącą na tylnym siedzeniu. Spała w aucie bo wyruszyliśmy w sobotę, na dzień przed biegiem, nieprzyzwoicie wcześnie. Wiedziałem, że to wielka impreza i bardzo się bałem, tłumów, kolejek, pominięcia, zagubienia. Już samo parkowanie auta dało do myślenia. Pobiegłem, tak sobie, wyniku nie pamiętam. Ale innym maratończyk, bardziej znany ode mnie, Heile Gerbeselassje, ustanowił wówczas rekord świata na 2:03:59. Później gabinet figur woskowych na Unter Den Linden – moja córka była zachwycona – i męczący powrót autem do Warszawy. Drugi raz biegłem w Berlinie 2 lata temu. Pojechałem tam z moją dziewczyną. Jedliśmy sterty pierogów i makaronu, całymi godzinami spacerowaliśmy. Mieszkaliśmy wśród Rosjan i Polaków w pobliżu nieczynnego lotniska Tempelhoff służącego berlińczykom za park. Pamiętam niekończące się przeprawy przez to lotnisko i ogromny pokój, w którym mieszkaliśmy. I jeszcze fasolkę ze słoika, którą dała nam moja mama. Pojechałem tam łamać 3 godziny, moja dziewczyna 4 godziny. Wróciłem na tarczy, z denerwującym czasem zdecydowanie powyżej 3 godzin, ostatnie kilometry szedłem, rzesze kibiców nie pomogły. Byłem zmęczony, zły, pokonany. Lucyna też nie wykonała planu maksimum, pobiegła w 4:04, ale przynajmniej ustanowiła swoją życiówkę.

Na 39 maraton w Berlinie zapisałem się jednak po raz trzeci. Na pierwszą pulę za 60 Euro nie zdążyłem, 20 tys. miejsc w tej cenie zniknęło w ciągu kilku dni, zdecydowałem się na kolejną, uiściłem 80. Moja dziewczyna również.

W tym roku miałem biec dwukrotnie w maratonie, na wiosnę i na jesieni, właśnie w Berlinie. W zimę przytrafiła mi się jednak paskudna kontuzja kolana. Paskudna nie dlatego, że bardzo bolało, ale dlatego, że trwała do lipca. Odpuściłem nie tylko mój ulubiony Półmaraton Warszawski, ale również wiosenny maraton w Krakowie i większość treningów, w tym letnich. Kolano ciągle bolało, na szczęście nie na tyle mocno by przeszkodzić w jeździe na rowerze. Zamieniłem bieganie na rower, ot tak, żeby mnie nie rozerwała energia. Dużo dobrego z tego wyszło, bo na fali swego kolarskiego zapału pojechałem w wyścigu Bałtyk-Bieszczady Tour, 1000 km. Z niezłym wynikiem. Przed BBT skreślałem Berlin – nie jadę, kolano boli, a pieniędzy na bilet szkoda. Czasu też. W dodatku pomiędzy 1000 km rajdem na rowerze a maratonem w Berlinie jest tylko 5 tygodni czasu, zdecydowanie za mało czasu żeby się zregenerować. Uznałem więc, że rezygnuję z tego startu, po czym kupiłem sobie bilet na autobus do Berlina, na 28 września. Moja dziewczyna zawsze powtarza mi, że jestem konsekwentny. A mój kolega, Piotruś, że crazy bastard.

Większość treningów polegała na bieganiu z domu do pracy i odwrotnie, raczej nie dwa razy dziennie, bo nie miałem na to siły. Ta trasa ma 13 kilometrów, z rozpaczą stwierdzałem, że zaledwie przez kilka kilometrów mogę utrzymać maratońskie tempo, 4:16 min/km, później musiałem zwolnić lub wręcz stanąć. Zresztą 4:16 min/km to nawet nie było maratońskie tempo, nikt biegnąc 4:16 min/km, nie zmieści się w 3 godzinach, choć nominał tak obiecuje. Ale ponieważ już kupiłem bilet na autobus to stwierdziłem, że i tak pojadę.

Moja dziewczyna się nie zdecydowała, została skutecznie unieruchomiona przez swoje bóle kręgosłupa. Jej numer startowy odstąpiłem znajomemu, ucieszyłem się, że udało się odzyskać choć część opłaty startowej.

Do Berlina pojechałem autobusem. Towarzyszył mi mój kolega, Piotruś, z którym jednak rozstałem się na dworcu w Berlinie. Piotrek zdecydował się spać u swojej ciotki, ja u znajomej, w zasadzie swojej, ale nigdy wcześniej jej nie widziałem. Taka oto jest magia facebooka. Odebrałem numer startowy i piechotą udałem się do Lukrecji. Uwielbiam chodzić po mieście. Choć wiem, że nie jest to aktywność wskazana tuż przed biegiem maratońskim, to jednak nie mogłem się pohamować. Przeszedłem odległość odpowiadającą sześciu odcinkom metra. Powoli, z ciężkim plecakiem, ale również z ogromną przyjemnością. Patrzyłem się na ludzi, auta, śmieci, sklepy, światła i metro wynurzające się w wielu miejscach nad ulice. Było bosko. Lukrecję zastałem na imprezie, z grupą znajomych. Wyglądało na to, że chce żebym został się z nimi pobawić. Generalnie zachowałem się asertywnie bo odmówiłem, ale za przyczynę podałem potworne zmęczenie. W rzeczywistości od zmęczenia ważniejsza jest moja niechęć do alkoholowo-papierosowych imprez. Chciałem do łóżka.

Lukrecja zaprowadziła mnie na Eisenstrasse. Szliśmy we czwórkę, jakoś nie bardzo mogłem dojść ile tam osób będzie spało. Pierwsza osoba zgubiła się na pierwszym piętrze, my weszliśmy na trzecie, Lu poszła ze swoją koleżanką do kuchni instalując mnie wcześniej w pokoju dzieci. Dziewczynek nie było, ale za to wszędzie pełno było ich ubrań, zabawek i bagaży, ciągle w coś wdeptywałem. Miewam podobnie więc potraktowałem to ze zrozumieniem.

Wyfasowałem od Lukrecji ręcznik, polarowy kocyk i poduszkę. Umyłem się dla przyzwoitości. Przed snem zostałem jeszcze zapoznany z Chilijczykiem, który od Lukrecji wynajmuje jeden z pokoi. Nie zapamiętałem jak się nazywa, ale brzmiało to podobnie do swojskiego „Miecio” więc w ten sposób się do niego zwracałem. Miecio doskonale mówi po polsku bo studiował w Bydgoszczy, taki berliński koloryt. Po tym nawale wrażeń udałem się do łóżka. O siódmej obudził mnie ból głowy i potworne chrapanie. Przez zabawki i fragment biurka zobaczyłem kawałek człowieka. Wysikałem się i znów położyłem, nadal nie udało mi się zidentyfikować chrapiącego. Pomimo hałasu usnąłem bez najmniejszych kłopotów, tuż przed zapadnięciem w sen zobaczyłem sprawcę – Lukrecja – jak zjawa wyszła z pokoju dzieci dzierżąc szklankę z nocną herbatą. Obudziłem się dopiero przed południem, jednak zmęczenie zrobiło swoje, zwykle nie potrzebuję tyle snu. Ucieszyłem się jednak z przedłużenia nocy, wszak to ta najważniejsza, przedostatnia. W ostatnią i tak nie da się spać. Miałem przed sobą sobotę, Sprewę i Lukrecję. Postanowiłem nie ruszać się z miejsca. Zaprosiłem Piotrka, kupiłem trochę jedzenia, odebrałem go ze stacji metra i wróciliśmy pomieszkać do Lukrecji. Piotruś opowiadał nam o swojej cioci, u której mieszka, że pracuje w szpitalu, jest zezłoszczona, że miasto jest zakorkowane przez maratony (w sobotę startowali rolkarze). Najciekawsze jednak, że ciocia Piotrka skończyła szkołę muzyczną z instrumentem prowadzącym: bałałajka. Historia jak z Kusturicy.

Po południu tylko odpoczywałem pijąc, jak się okazało później niepotrzebnie, kolejne kawy – bo Lukrecja pochwaliła się doskonałą kawiarką, skrzętnie więc to wykorzystałem. Na kolację, jak to piszą i mówią wszędzie, zjadłem sporą porcję makaronu. Zgodnie z przypuszczeniami, ze spaniem było niezbyt dobrze. Sądzę, że to nie była nawet kwestia kawy, ale adrenaliny. Nie skorzystałem jednak z chemicznego wspomagania, udało mi się usnąć tuż po północy. Bilans był i tak niezły, 5-6 godzin ostatniej nocy i prawie 10 poprzedniej. Taki odpoczynek powinien wystarczyć.

Rano trochę pohałasowałem. Gotowałem makaron i robiłem kawę, to niby nic dziwnego, normalna poranna aktywność, ale miasto o tej porze wyglądało tak kosmicznie pusto i dziwnie, że sam czułem się jak obcy. W drodze na start nie było już tak dziwnie, zewsząd, jak mrówki do porzuconego jabłka, ciągnęli maratończycy do stacji metra. Na peronach pobojowisko po nocnej aktywności, wymiociny, puste butelki, wylany alkohol i ludzie wracający z imprez, przysypiający w pociągach i na stacjach. Przewaga liczbowa pijanych nad maratończykami zaskoczyła mnie, było nas znacznie mniej. Z mijającymi kwadransami sytuacja się zmieniała. Pijaków ubywało, maratończyk się rozmnażali, aż wreszcie ujawnił się tłum kłębiący się w okolicach Bramy Brandenburskiej. Tłum sprawnie przewalał się między przebieralniami, szatniami i startem, razem z nim również ja. Na wyścig wybrałem startówkę i długie skarpety. Zrezygnowałem z rękawków, było zbyt ciepło. Założyłem swoje ukochane Adiosy i poszedłem do swojego sektora posikując co kilkaset metrów. Mam tendencję do spóźniania się na start. Tym razem dotarłem 10 minut przed i było już zdecydowanie za późno. Nie dało się nawet wejść do sektora, ze sporą grupą zawodników stałem w parku, czekając na start z nadzieją jak najszybszego wśliźnięcia się na ulicę zaraz po nim. Postanowiłem tym razem biec za pacemakerami na 3:00, ale balony z interesującym mnie opisem zobaczyłem daleko od siebie, w tłumie. Postanowiłem, że dogonię grupę na 3:00 jak najszybciej po strzale.

Start – jak to u Niemców – punktualnie. Rydwany Ognia i wszyscy ruszyli wywołując stałe piszczenie maty do pomiaru czasu. Pomimo selekcji czasowej i podziału na sektory po starcie zapanowało ogromne zamieszanie, wyprzedzanie, łokciowanie i szukanie pozycji. To już kilometr, za który będę płacił, wiedziałem to. Straciłem bardzo dużo energii by biec w miarę prosto, a jednocześnie w odpowiadającym mi tempie. Już od drugiego kilometra, spokojnie zacząłem gonić interesujące mnie balony. Metodycznie przyspieszałem z kilometra na kilometr i wreszcie są, jest grupa za pacemakerami. I wówczas ze zgrozą stwierdziłem, że to balony na 3:15… w kolorze niebieskim, a moje, czerwone, są daleko przede mną. Zauważyłem je dosłownie kilkaset metrów z przodu, na jednym z niewielu przewyższeń. Postanowiłem – nie gonię grupy na 3:00, biegnę swoim tempem. Oni wystartowali półtorej minuty przede mną, absolutnie nie czułem się na tyle mocny by zneutralizować tę różnicę. Mój pomiar tempa pokazywał, że biegnę 4:10 min/ km. Za szybko – stwierdziłem, żeby rozsądnie rozegrać cały dystans powinienem zwolnić żeby na połówce być w tempie 4:12 – 4:13. Tak zrobiłem, pomimo sił, które jeszcze miałem, hamowałem swoją prędkość, starając się jednocześnie równo biec. Poszło prawie idealnie ponieważ na połówce dystansu zanotowano mi czas 1:29:13 czyli idealnie taki żeby pobiec całość tuż poniżej 3 godzin. Od samego początku nie biegło mi się lekko, nie zauważałem obecnych u mnie często podczas zawodów objawów euforii i lekkości – czasami złudnej czasami prawdziwej. Biegłem jak rzemieślnik, dość ciężko, ale solidnie i równo. Nie starałem się kontrolować kadencji ani pozycji biegowej. Przed startem uznałem, że jeśli nauczyłem się biegać z większą kadencją na treningach to teraz organizm sam to wykorzysta. Wydawało mi się, że zmuszanie się na siłę do technicznie poprawnego biegu spowoduje większą utratę energii niż naturalne, nawet niepoprawne, poruszanie się. Na każdym punkcie brałem wodę i tylko wodę, celowo nie decydowałem się na izotonic ani na jedzenie. W końcu to tylko 3 godziny. Jeśli odpowiedniego zapasu energii nie mam w sobie to i tak nie organizm nie zdąży zaabsorbować i wykorzystać paliwa dostarczonego w pośpiechu. A przecież każdy bufet to strata, nie tylko wolniejszy bieg, ale również dodatkowe metry i wytrącenie z rytmu. Poza tym, choć nie było gorąco, a ja byłem w startówce, z premedytacją ochładzałem głowę i kark. Wypijałem połowę kubka a resztę wylewałem na głowę. Nienawidzę zimnego prysznica, ale z rozsądku wbiegałem również pod wszystkie kurtyny wodne zorganizowane przez berlińskich strażaków.

Zwykle pierwsze sygnały o zmęczeniu otrzymuję ok. 25-27 kilometra. Wówczas mam wrażenie, że biegnę odpowiednio szybko, tymczasem GPS pokazuje, że zwalniam. Nie otrzymałem takiego sygnału. Tak samo ciężko, ale i równo, biegłem na 25-tym kilometrze jak na 5-tym. Zmieniłem również zdanie o tłumie. Dotychczas byłem przekonany, że nienawidzę biegać wśród setek zawodników, bo zwyczajnie jest zbyt ciasno, a ja jestem zbyt drobny by brać udział w konkursach łokci. Wolałem długie, puste proste. Tymczasem tłum ma tę zaletę, że zawsze można znaleźć zawodnika biegnącego w podobnym tempie i poruszać się razem z nim lub za nim. Tak robiłem – Japończyk, zawodniczka z Hiszpanii, Mauro z Włoch, czarnoskóry Niemiec – biegłem za nimi po kilkaset metrów lub kilka kilometrów, w zależności od tego czy pasowało mi ich tempo czy nie. Gdy porównałem taki bieg z długimi prostymi, gdy biegnie się samotnie 2-3 kilometry, wiatr, wieje w twarz, jest lekko pod górę, a kibiców jak na lekarstwo, to robiło mi się niedobrze. Tymczasem w grupie było po prostu raźniej.

Na 28. kilometrze otrzymałem prezent – dość nagle zobaczyłem kilkadziesiąt metrów przed sobą pacemakerów z balonami, tymi właściwymi, na 3:00. To oznaczało, że po pierwsze nadrobiłem z 1,5 minuty (o tyle wcześniej ode mnie wystartowali), a po drugie, że mam przed sobą zawodników, którzy ponad wszelką wątpliwość będą biegli równo i wpadną na metę przed upływem 3 godzin. Przykleiłem się do nich i biegłem na tyle blisko, że co chwila dostawałem balonem po głowie – ale nie przeszkadzało mi to, obserwowałem pomarańczowe buty przed sobą i sunąłem jak maszyna. Nadal nie dostałem zmęczeniowych sygnałów od organizmu. Na 32 kilometrze wiedziałem już, że tylko kontuzja może mi przeszkodzić w złamaniu 3 godzin. Czułem się znakomicie, perspektywa 10 km do mety wcale nie przerażała. Jestem przekonany, że to był przełomowy moment biegu – chwila, w której naprawdę zacząłem w siebie wierzyć. Pomimo tak optymistycznych manewrów głową uświadomiłem sobie istotne utrudnienie. Otóż do połówki bardzo mocno pilnowałem by biec jak najbliżej wyrysowanej na trasie niebieskiej linii wyznaczającej nominalny dystans 41,195 km. W tłoku nie da się biec najkrótszą trasą, ale z zadowoleniem stwierdziłem na połówce, że nadrobiłem tylko 250 m. Wówczas wydawało mi się, że teraz będzie tylko łatwiej bo masa biegaczy rzedła, peleton się wydłużał, coraz dłuższe odcinki biegłem po niebieskiej linii. Kiedy jednak dołączyłem do pacemakerów i przełączyłem się na pilnowanie butów przede mną to zacząłem nadrabiać w dużym tempie kolejne dziesiątki metrów. Z rozmysłem zgodziłem się na to, po prostu założyłem, że mój maraton będzie miał 43 km i nadal pilnowałem balonów na 3:00. Im dłużej za nimi biegłem tym pewność rosła, tym bardziej, że przyspieszyli ok. 35 kilometra biegliśmy w tempach 4:05-4:07 min/km, a moje średnie tempo z całego biegu ustaliło się na 4:10. Nadal nie odczuwałem wyczerpania. Na 38. Kilometrze moja sytuacja była na tyle pewna, że postanowiłem przyspieszyć. Naprawdę trudno wytłumaczyć skąd energia i moc w nogach na to, ale 39 i 40 kilometr wystarczył by czerwone balony zostały z tyłu, a 41, 42 i 43 biegłem w tempie poniżej 4:00 min/km.  Na mecie, podobnie jak dosłownie na całej trasie, biegaczy witały tysiące kibiców, niewiarygodnym dopingiem pomagając na ostatniej prostej. Mój maraton miał 42,89 km, osiągnąłem 2:57:20 poprawiając o 1 min 20 sekund swoją życiówkę. Nominalne tempo wg Organizatora wyniosło 4:10 min/km, ale ja przecież przebiegłem 700 m więcej (prawie 2 stadiony olimpijskie) i wiem, że biegłem w tempie 4:08 min/km.

Są takie dni kiedy trudne rzeczy się udają. Od ostatniego biegu poniżej 3 godzin trzykrotnie przegrałem, w Warszawie, później w Poznaniu i Krakowie – ten ostatni odpuściłem zupełnie z powodu kontuzji. Nie trenowałem z żadnym planem i nie skupiałem się na bieganiu przez całe lato. A jednak „głowa pociągnęła nogi” i pomimo potwornego zmęczenia nie dała się nabrać na sztuczki sygnalizujące zmęczenie, zachęcające do zatrzymania się i dłuższego odpoczynku na trasie. Przez cały czas biegłem z ogromnym wysiłkiem, mimo tego pewnie i równo. Dzień konia, jak określił to jeden z moich przyjaciół. Właśnie, dzień konia, kilka godzin, podczas których głowa i nogi są nie do pokonania.

Otrzymałem medal i poszedłem do szatni. Medal, jak to w Berlinie, niezbyt ładny. Nie potrzebowałem masażu ani żadnej pomocy lekarskiej, świetnie się czułem. Nie przypominam sobie żebym po którymkolwiek z maratonów czuł się tak dobrze i świeżo. Choć oczywiście oznaki zmęczenia, bóle mięśni i ogólne osłabienie, bardzo mi się dało we znaki w kolejnych dniach, to jednak uznałem, że mój stan jest naprawdę wyjątkowy.

Zaraz po odebraniu rzeczy z depozytu postanowiłem pochwalić się Lucynie swoim czasem, a w zasadzie myślałem o tym jeszcze biegnąc. Jednak po włączeniu telefonu zobaczyłem sms-a „Gratuluję życiówki!”, moja sława mnie wyprzedza, pomyślałem. Okazało się, że wyniki zawodników pojawiających się na mecie pojawiały się praktycznie na bieżąco, a moja dziewczyna cały czas kibicowała mi czatując przy komputerze. Facebook też już wiedział, mnóstwo osób zdążyło pogratulować zanim jeszcze dotarłem do mieszkania Lukrecji.  Do Polski wróciłem swoim ulubionym czerwonym autobusem, razem z tłumem innych podróżników z Zachodu, również maratończyków.

Przez kontuzję w lutym skreśliłem ten sezon biegowy i nie startowałem w żadnym biegu, nawet na 5 km. Tymczasem okazało się, że to najlepszy sezon w moim życiu. Niezmiernie się z tego cieszę, pilnie przygotowuję się do następnych biegów i z niecierpliwością czekam na kolejny dzień konia.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s